A dla fanów standardowego notowania numerami tygodnia? Tydzień trzydziesty trzeci. Jednakże, biorąc pod uwagę jego rameno-centryczność, zasłużył on sobie na wyjątkowy tytuł.

Oraz na wyjątkowo dużo zdjęć 😀
„Co jest grane?” to cotygodniowa seria wpisów, gdzie wasz grafoman (ja) opisuje w co takiego grał i co w tych grach zdołał zrobić, albo jakie myśli one u niego wywołały.
Szukasz pomysłów w co zagrać? Ciekawi ciebie w co inni grają, ale nie masz dość dużo cierpliwości by siedzieć na Twitchu? Zapraszam!
A dla fanów standardowego notowania numerami tygodnia? Tydzień trzydziesty trzeci. Jednakże, biorąc pod uwagę jego rameno-centryczność, zasłużył on sobie na wyjątkowy tytuł.

Oraz na wyjątkowo dużo zdjęć 😀
Coś się kończy (urlop i granie na 3/4 etatu), coś się zaczyna (praca). Świętujmy ten fakt podsumowaniem najbardziej fantastycznego tygodnia grania w mojej historii.

Znaczy, mógłby być bardziej, jakby Square Enix nie pokasował wszystkich gier mobilnych osadzonych w świecie Final Fantasy XD
Minął bardzo ciężki tydzień urlopu. Brzmi to dziwnie, ale nie umiem tego lepiej opisać, niestety.

Ale co było ograne i zjedzone, to moje. Jedyna wada jest taka, że jeżeli spodziewacie się krótkiego wpisu, to się zawiedziecie. Dzisiaj bliżej temu do księgi.
Minął mi kolejny, w miarę spokojny, tydzień grania. Zachciało mi się powrotu do starej gry.

Oprócz tego de facto skończyłem dwie inne, wkurzyłem się na kilka gier mobilnych i trafiłem, jak to zwykle bywa w moim życiu, do kuchni.
Cotygodniowy wpis mi się trochę wymknął spod kontroli. Dlatego żeby nie przytłoczyć nikogo ilością tekstu, podzieliłem go na dwie części:

Głównie po to, byście nie byli zbyt ociężali po „jednodaniowym” wpisie. A tak to dostaniecie chociaż chwilę odstępu między jedną a drugą porcją blogaskowej strawy.
Oprócz tego obiecuję, że nie będę więcej rzucać czerstwych tekstów okołojedzeniowych. Za to pokażę więcej żarcia!
Nie będę za często mówił, że miałem wolne. Będzie jednak widać znaki.

Jednym z tych znaków może być rekordowo długi wpis, który z powodu swojej wielkości zostanie podzielony na dwie części. Pierwszą, giereczkową, część znajdziecie poniżej.
Mogę spokojnie powiedzieć, że miniony tydzień był najbardziej przyjebanym w historii przyjebanych tygodni. O tym jednak nie będę zbytnio pisał.

Będzie za to o biciu pajaców śniących o potędze, biciu potworów nieświadomych swojej przyszłej roli jako mojej zbroi i organizowaniu baru plażowego.
Oprócz tego znajdzie się jakaś owsianka. A kota dostaliście na starcie.
Pisanie czegoś na bieżąco ma swoje zalety i wady.

Tą pierwszą jest to, że dzięki temu proces twórczy jest trochę sprawniejszy i jest mniejsza szansa na pominięcie czegoś NAPRAWDĘ ważnego. Ta druga? Jeżeli wydarzy się coś drastycznie zmieniającego nastrój, jak w minionym tygodniu, to nastrój wpisu może stać się „zaburzony”.
Dokładnie tak jest poniżej
W momencie kiedy nie mam niczego ciekawego i związanego z grami do wrzucenia jako główne zdjęcie wpisu, to pojawia się On.

Cały na biało. I na rudo. I z niebieską poświatą wytworzoną przez zasłonki. Co mnie uratowało od robienia zdjęcia telefonowi innym telefonem, po to, by dać go do wpisu.
Kolejny tydzień za mną, wiele znacznie bardziej pokręconych przede mną.

Tak przynajmniej wygląda stan mojej rzeczywistości w niedzielę, o godzinie 16:19, kiedy piszę te słowa i staram się wymyślić lepszy wstęp.
Ale czasem to się zwyczajnie nie udaje 😀