Minął bardzo ciężki tydzień urlopu. Brzmi to dziwnie, ale nie umiem tego lepiej opisać, niestety.

Ale co było ograne i zjedzone, to moje. Jedyna wada jest taka, że jeżeli spodziewacie się krótkiego wpisu, to się zawiedziecie. Dzisiaj bliżej temu do księgi.
Monster Hunter Now
Kto miał więcej czasu na granie dopiero jak wróciły upały, no kto? Ten frajer tutaj. Dlatego pomimo powrotu chęci i posiadania czasu nie mogłem jakoś bardzo poszaleć w grze.
A przydałoby się, bo Base Defense zacząłem z KOSZMARNYM wynikiem. Nie dość, że wybrałem dość lipne bronie, to sam potwór był wybitnie wkurwiający, a do tego nie byłem w stanie zgrać się z moją sprawdzoną ekipą, przez co grałem z ludźmi z łapanki. Efekty? Suabe1:

Potem już było trochę lepiej:

Byłoby dużo gorzej jakbym nie posłuchał kolegi z grupy i nie zmienił buildu na jednej z broni.
Przy tym potworze? Nie było szans na lepsze wyniki. Po prostu nie. Nienawidzę go. Z całego serca. Śmieć pierdolony. AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA…
Osoby zainteresowane bardziej rozbudowanym, a jednocześnie stosunkowo stonowanym komentarzem, mogą kliknąć strzałkę. Ukrywam go pod spoilerem, bo wersja stonowana zawiera 4 bluzgi i jest prawdopodobnie najbardziej toksycznym rzygiem, jaki z siebie wyrzuciłem. Przynajmniej od kiedy wygłaszałem litanię na jednego z moich byłych pracodawców.
Nie wiem, kto wpadł na pomysł, by zrobić zawody w jak najskuteczniejszym biciu Diablosa, ale życzę mu wszystkiego, co kurwa najgorsze.
Pół biedy, jakby ten jebany Diablos zachowywał się normalnie. Ale nie – zamiast tego zachowywał się pojebanie. Nie dość, że hitboxy miał poustawiane kompletnie z dupy i zdarzało mi się trafiać go w głowę, kiedy strzelałem mu w skrzydła, do tego sporą część walki potrafił kryć się pod ziemią.
A gdy już wyskakiwał spod ziemi, to w zupełnie innym miejscu i obierając zupełnie kogo innego na cel. Zwłaszcza że NIKT nie był kurwa bezpieczny, bo Diablos w wersji Riftcharged potrafi pokonać całą mapę, by kogoś dojechać. Oczywiście to wszystko pod warunkiem, że nie zmieni zdania w połowie i, pomimo przekopania się pod twoje stopy, nie wyskoczy u stóp kolegi, by go nabić na rogi.
I JAK TO NORMALNIE BIĆ? JAK?
Ktokolwiek to wypuścił do graczy – mam nadzieję, że każdego dnia będzie deptał po klockach Lego. Niech ma za gorąco w sypialni. Niech ma same przemoczone skarpety. Kit mu w oczy -_-
Pomijając to, łowy były udane. Nawet bardzo udane, biorąc pod uwagę powrót upałów, przez które nic mi się nie chciało.
Pomimo tego, byłem dzielny i upolowałem trochę potworów:

Czy to dużo? Niezbyt. Ale jak na mój entuzjazm i absolutny brak sprzyjających warunków atmosferycznych, to poszło całkiem dobrze.
No i niech dowodem mojego powolnego „powrotu do formy” będzie to, że tym razem nikt nie musiał mnie nosić na plecach w trakcie cotygodniowego wyzwania xD

Pokemon GO
Na początek trzeba się pochwalić tym, co się złapało w trakcie Nickit Community Day. Spójrzcie na te ciućwioki 😀


Nie ukrywam – miałem nadzieję na więcej. Zwłaszcza że tym razem grałem o wiele dłużej i aktywniej niż zwykle.
Oprócz tego? Postępy w wynoszeniu siebie (jako postaci w Pokemon GO) i Zeraory na kolejny poziom:


Prawie zapomniałem się pochwalić tym, że w minionym tygodniu udało mi się zdobyć pierwsze miejsca w aż DWÓCH pokazach2.

Zdradzę wam sekret, jak tego dokonałem. Otóż po prostu szukałem takich miejsc, gdzie się odbywały pokazy, w których nie miałem konkurencji xD W przeciwnym razie nie miałbym pewnie szans i widziałbym, jak moja Dialga została pokonana przez większego od siebie Weedle’a.
Podsumowując? Powoli i do przodu.
Persona 5: The Phantom X
Koniec laby – nowy rozdział fabuły się pojawił, trzeba wrócić do „zawodu wykonywanego”:

Oczywiście, klasycznie, wraz z tym wjechała cała masa eventów i zadań do wykonania.

Przy czym taką jędzę to bym stawiał do pionu nawet, jakbym musiał za to osobno dopłacić3:

Zresztą – zrobiłem to. Jak znalazłem trochę czasu, by zacząć grać w czwartkowe popołudnie, to przestałem grać dopiero, jak gra mi zakomunikowała, że muszę czekać na kolejną część historii XD
Jakby tego było mało, to wjechały jeszcze inne nowości.
Przede wszystkim dodali możliwość nawiązania znajomości z panią Katayamą, wychowawczynią głównego bohatera.

Wbrew dotychczasowej tradycji serii nie można jej poderwać, co sygnalizuje nam ona dość wcześnie:

Co mnie tak właściwie cieszy, bo chyba nie byłbym gotów na twórczość fanów, jakby była taka opcja. Przy czym i tak pewnie stworzą coś przerażającego.
Oprócz tego dodali emo aktorkę głosową, która pojawiła się w grze jako postać poboczna ze dwa tygodnie temu, jako grywalną postać.

Z bólem serca musiałem jej NIE losować. Czemu? Bo mam już komplet postaci typu Curse, a jako kolejną postać grywalną mają dodać Katayamę, która ma korzystać z elektryczności. Ona mi się znacznie bardziej przyda w mojej aktualnej sytuacji – gram od początku tej gry w Europie i DALEJ nie mam drugiej postaci posługującej się prądem.
Hatch Dragons
Obejrzałem o jedną reklamę za dużo i zobaczyłem o jedną grafikę smoka z tej gry za dużo i wyszło jak wyszło, czyli tak:

Prosta gra – zbierasz smoki. Rozwijasz je, łącząc w pary te same smoki.
Smoki dają ci złoto, za które odblokowujesz miejsce na jeszcze więcej smoków, które dają ci złoto, za któ… Rozumiecie już pewnie, na czym polega gameplay.

Serio, reszta to jedynie dodatek albo szczegóły do tego, co opisałem powyżej.
Główna wada? Brak pasywnych postępów. W normalnej grze bym mógł być za takie zdanie wyśmiany. Ale to jest gierka mobilna, w której zbierasz coraz to nowe smoki i to zbieractwo jest sednem rozgrywki. Fakt, że monety nie zbierają się same chociaż w niewielkim stopniu pod moją nieobecność uważam za pomyłkę.
Jest to prawdopodobny powód porzucenia tej gry w chwili gdy skończę urlop. Po prostu nie będę miał czasu by wyklikiwać złota ze smoków co kilkanaście minut, niczym jakiś poborca podatkowy 😀
Postknight 2
Dalej bawię się w grind. Podjąłem jeszcze z dwie próby walki z panią kapitan, swoje pobluzgałem i JESZCZE RAZ zmieniłem podejście.
Co w tłumaczeniu na język bardziej precyzyjny oznacza:
- oglądałem tutoriale
- rozwijałem inny zestaw ekwipunku, który daje większą odporność na obrażenia magiczne

- punkty ze zdobytych poziomów przeznaczyłem na rozwinięcie jeszcze bardziej odporności na magię
Jak się skończyło? Sukcesem. Co prawda dość zabawnym, bo odpalałem ataki tak często, że w pewnym momencie mi się zbugowały animacje, ale, pomimo wszystko, sukcesem.

W tym tygodniu? Zaczynam kolejny rozdział fabuły. Gra będzie mnie wyganiać na pustynię.
Śmiesznie mi się to pisze, biorąc pod uwagę te 34 stopnie Celsjusza za oknem, w chwili, gdy pisałem ten tekst.
To wygląda tak, jakby gra wyganiała mnie na zwyczajny spacer.
Final Fantasy XIII
Historia ruszyła z kopyta albo przynajmniej sprawia takie wrażenie. Dużo zagadek z pierwszych godzin gry powoli doczekują się odpowiedzi.

Oprócz tego zaczynam powolutku się gubić w tym, jak powinienem rozwijać którą postać, bo ich drzewka rozwoju zaczynają się robić pokręcone, a umiejętności drogie do wykupienia:

Oprócz tego – poddałem się i włączyłem tryb „easy”. Nie zrobiłem tego dlatego, że walki były jakieś cholera wie jak trudne. Zrobiłem to dlatego, że walki na normalu były długie.
Dobrą wiadomością jest to, że chyba zaraz skończę „korytarzową” część gry. Takie przynajmniej mam przeczucia, patrząc na to, w jaką stronę idzie historia.
A na koniec – słodziaki <3

Grim Dawn
Na dłuższą metę ta gra jest prosta.
Idziesz, mordujesz, levelujesz, idziesz szybciej, mordujesz lepiej, levelujesz. Wiem, nic odkrywczego. Ale po powrocie do tej gry po długim graniu w Diablo 4 zaczynam doceniać ten rodzaj „prostoty”.

Ale dobra, koniec filozofowania XD
Powiem szczerze, że miałem moment, kiedy chciałem tę grę rzucić w diabły z takim impetem, że osiągnięta prędkość mogłaby być pomylona z hadronami rozpędzanymi przez CERN.
Wszystko przez tego gagatka:

Próbowałem go z pięć razy pokonać normalnie, po bożemu, na ubitej ziemi. Ale ostatecznie się poddałem i odciągnąłem go od jego stadka i tłukłem, aż się położył na wieczne spanko.
A na koniec, jako że polubiłem się z nagrywaniem kawałków gameplayu i wrzucaniem ich na YouTube, to łapcie walkę z bossem, jaką stoczyłem na początku tygodnia:
Oprócz tego ciekawostka – przechodziłem tę grę wcześniej już kilka razy, ale dopiero teraz przetworzyłem, że kawałek mapy i zadania z niego są całkowicie opcjonalne:

Dziś to nic nadzwyczajnego, ale ten obszar jest w Grim Dawn od jego premiery ponad dziesięć lat temu i jest on dość spory.
Jak na tamte czasy? Zajebioza. Zresztą – jak na dziś, to też.
Sword X Staff
Prawie zapomniałem o tym napisać. Ale to głównie dlatego, że większość tygodnia było nudna – jeden event się skończył, drugi się nie zaczął, a do tego przeszedłem w etap gry „międzysezonowej”. Na czym on polega?
- wykonuje codzienne zadania
- codziennie gra odblokowuje dwa poziomy wieży, którą jeszcze jestem w stanie pokonać. Potem będę pewnie w stanie przejść jedno piętro na trzy dni, bo będę zbyt słaby by wchodzić na kolejne piętra tego samego dnia, gdy je odblokują.
- czekam na eventy bądź koniec sezonu, by „iść dalej”.
Dlatego, no cóż, nie mam nic ciekawego do pokazania poza moim cotygodniowym raportem z postępów:



Genokids – demo
Jednym z niewielu powodów dla których, dalej mam konto na X, zwanym też „naziportalem Muska”, jest to, że w rzece AI slopu, dziwnych myśli i ludzi, którzy farmią zaangażowanie, by dostawać od niego drobne na waciki, znajdę czasem jakiś skarb.
Na przykład grę z rozgrywką inspirowaną Kingdom Hearts i Devil May Cry ze stylową komiksową grafiką.

Gierka mnie kupiła z marszu. Pokazałbym gameplay, ale straszliwie wyszedłem z wprawy. Jak pogram trochę więcej, to nagram coś i pokażę wam tę grę w ruchu. No i też dobrze by było jakbym pograł w nią trochę dłużej niż krótki seans w niedzielny wieczór. Ale sam fakt, że znalazła miejsce w moim serduszku tak szybko też coś znaczy.
Do tego czasu zobaczcie sobie, jak to jest przywalić jakiemuś potworowi z gitaro-miecza 😀

Inne tematy
Niby mam urlop. Opierdzielałem się, ile się dałem tylko radę. Odpoczywałem. Ale nie wiem, czy mi to pomaga, powiem wam szczerze. Za dużo ostatnio się działo by mój mózg chciał „po prostu” odpocząć.
Fakt, że w tym samym czasie obchodzę swoje 35. urodziny, nie pomaga. Chyba dotarłem do momentu w którym proporcje między myśleniem „fajnie, przeżyłem kolejny rok, zajebioza” a „okej, ciekawe ile jeszcze” ulegają zaburzeniu. Albo to wina zwyczajnie ciężkiego roku pełnego nieprzyjemnych wydarzeń.
Nie pomaga mi też to, że wróciły upały – piszę te słowa, mając w mieszkaniu 28 stopni, gdy na zewnątrz są 33 stopnie. Niby mam klimatyzację, ale ostatnie wychładzanie mieszkania za jej pomocą skończyło się wydaniem ponad tysiąca złotych na weterynarza i co najmniej trzema nieprzespanymi nocami, gdy bałem się o to, że Dropsik się udusi przez katar.
Dlatego wolę piekarnik :X Nawet ze mną w roli pieczeni.
Kącik gastronomiczny
W kuchni też wolę piekarnik. Bo dzięki niemu mogę na szybko odratować starą bułkę i posmarować ją pastą z awokado i surimi:

Albo upiec bułki z pasztetem i żółtym serem, po czym polać je keczupem i ostrym sosem jalapeno:

W minionym tygodniu tylko raz zrobiłem obiad. Ale w dwóch postaciach to prawie jakbym zrobił dwa obiady.
Kupiłem filety z mintaja. Pierwszego dnia, w ramach chorego eksperymentu, zawinąłem je w papier ryżowy i usmażyłem. Efekt? Taki średni:

Starałem się uniknąć użycia dużej ilości oleju, przez co niektóre kawałki ryby nie zdążyły się usmażyć dobrze nim woda z ryby nie rozwaliła panierki od środka. Ale tam gdzie się udało było dobre i chrupkie.
Drugiego dnia zadziałałem bardziej klasycznie – zapanierowałem w skrobi ziemniaczanej:

Wyglądało i smakowało dużo bardziej klasycznie w porównaniu z pierwszą porcją XD
Oprócz tego chodziło za mną słodkie. Poszedłem do mojej ulubionej cukierni po moją ulubioną drożdżówkę z serem i makiem. Nie mieli jej 🙁
Mieli za to dziwne jagodzianki, nadziane nie tylko jagodami, ale też kremem pistacjowym lub mascarpone. Wziąłem po jednej dla siebie i mojej Kochanej na próbę:

Te potwory ważyły po 400 gramów i były wypchane jagodami i kremem. Po zjedzeniu swojej wiem jedno – zwykłe jagodzianki przestały dla mnie istnieć. Kropka.
A jak potem miałem potrzebę zjedzenia czegoś, to sobie robiłem wafle ryżowe na słodko, takie:

Tak wyglądało moje, co ciekawsze, wyżywienie do weekendu. Wraz z weekendem nadeszły moje urodziny, a w trakcie nich postanowiłem szaleć bez końca.
Na śniadanie zrobiłem sobie omlet wszystkich omletów. Dałem do niego WSZYSTKIE jajka:

Co mam przez to na myśli? Tak dokładnie to:
- dwa normalne jajka
- dwa zamienniki jajek zrobione z siemienia lnianego
- dwa zamienniki jajek z nasion chia
Do tego do środka trafiły dwa plastry szynki i dwa plastry sera 😀
Potem zostałem wyciągnięty przez Moje Kochanie na „tort” urodzinowy. Miał on formę dużego zestawu churrosów kupionych w trakcie imprezy masowej, jaka się odbywała w okolicy:

A potem był obiad. Nie było nic do zjedzenia w domu, to trzeba było coś zamówić. Zamiast pewności zwyciężyła chęć do eksperymentów – niedawno w Szczecinie otworzył się lokal niemieckiej sieci serwującej smash burgery. Efekt? Poniżej:

Fajne, ale jednak preferuję klasyczne burgery. Ale nie będę ukrywał, że jak na dość niską4 cenę, to były bardzo dobre.
Oprócz tego zamówiliśmy od nich frytki z boczkiem i karmelizowaną cebulą. Nigdy nie jadłem cebuli, której karmelizację ktoś tak bardzo wziął sobie do serca – jadłem mniej słodkie ciasta. Są dwie opcje: albo odprawili jakiś hardkorowy rytuał karmelizacyjny, albo dosypali cukru. Dla mnie doświadczenie jedzenia takich frytek było nowe i oceniam je na „mocne 2/10”. xD
Zaletą było to, że przez resztę dnia nie dałem rady niczego zjeść. Zresztą – jakby było inaczej, to bym się przeraził samym sobą. Oprócz tego za pierwsze wolne pieniądze poszedłbym do tatuażysty i zrobiłbym sobie dziarę Snorlaxa. Najlepiej na całe plecy, typu Gakubori XD
Lubię, jak swobodne pisanie dostarcza mi pomysłów na życzenia dla was. Na przykład na życzenie, byście unikali jedzenia „2/10” niczym kul w Matrixie i byście nie mieli tak pogrzanych pomysłów jak ja.
Do kolejnego przeczytania!
- One nawet nie były słabe. Były suabe. Nie zasługiwały na posługiwanie się normalnym językiem. ↩︎
- Nie wybaczę osobom odpowiedzialnym za język polski, że przetłumaczyli „showcase” jako „gabloty”. Tłumaczenie poprawne, ale jednocześnie do dupy. ↩︎
- Mam tylko nadzieję, że nikt nie potraktuje tego jako sugestii i nie będą osobno sprzedawać linii fabularnych gdzie będzie można stawiać znienawidzone postacie do pionu ↩︎
- Jak na burgery wołowe. Dalej taniej jest zjeść coś w Mak Kwaku. ↩︎
Odkryj więcej z Yeti (nie tylko) o grach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
