A dla fanów standardowego notowania numerami tygodnia? Tydzień trzydziesty trzeci. Jednakże, biorąc pod uwagę jego rameno-centryczność, zasłużył on sobie na wyjątkowy tytuł.

Oraz na wyjątkowo dużo zdjęć 😀
Przy okazji przeczołgam Was przez cały proces robienia ramenu. No dobrze, prawie cały, bo wielu „półproduktów” nie sfotografowałem w trakcie robienia.
Bulion z kości wołowych
Najbardziej hardkorowa część robienia ramenu. Każdy przepis, jaki czytałem, słuchałem bądź oglądałem wbijał mi do głowy, że bulion jest najważniejszy. Więc wziąłem się do roboty, na poważnie.
Zamówiłem w sklepie mięsnym kilogram kości wołowych. Okazało się to być zbyt mało, więc dokupiłem porcję rosołową wołową. Czyli mówiąc bardziej normalnym językiem – kości wołowe z resztkami mięsa.
Istotna informacja dla potencjalnych naśladowców – przyjęło się, że najlepszy bulion jest z kilku różnych zwierząt. Wcześniej robiłem bulion wołowo-drobiowy i był świetny. Teraz chciałem zrobić bulion wołowy, by zobaczyć, czy też taki będzie.
A co do samego bulionu, to nie jest to fizyka kwantowa. Kości trafiły na blachę wyłożoną papierem do pieczenia:

Ta blacha trafiła do piekarnika nagrzanego do 200 stopni Celsjusza na 30 minut. Po takim turnusie wyglądała tak:

Całość trafiła do gara, w towarzystwie obranej i pokrojonej „na odwal się” włoszczyzny i dwóch łyżek octu ryżowego.
Wiecie, ile ten garnek spędził na ogniu? Sześć godzin

Gdy już skończył się gotować, to odsączyłem bulion do innego garnka. Co w ten sposób dostałem? Jakieś 2,5kg płynnego złota:

Ostatnim krokiem, którego niestety/na całe szczęście, nie mam na zdjęciu było ściągnięcie, na następny dzień, nadmiaru tłuszczu z wierzchu bulionu. Ile go było? Jakieś półtora centymetra grubości XD
Potem, gdy przyszło co do czego, to tak ogarnięty bulion stał się bazą do ramenu. Ale nim do tego przejdę, jest inny problem.
Pasztet „no-waste”
Po tym gotowaniu zostało mi niecałe pół kilo długo gotowanej włoszczyzny i mięso wołowe, które same odpadało od kości. Żal było to wyrzucać. Trochę polecę filozoficznie, ale jak już jakieś zwierzę umarło by trafić mi na talerz, to fajnie by było gdyby nie wylądowało w śmieciach. Szacunek trzeba mieć.
Dlatego te wszystkie rzeczy przerobiłem na pasztet. Jak?
- dałem na cedzak do osuszenia i schłodzenia
- wrzuciłem do blendera
- dodałem jajka, skrobię ziemniaczaną i przyprawy
Czemu tak? Jajka, by wszystko skleić. Skrobię ziemniaczaną, bo z wszystkich posiadanych przeze mnie „mąk” najlepiej wiąże wilgoć, której było naprawdę dużo w warzywach i mięsie. A przyprawy dlatego, że większość smaku tych warzyw i mięsa trafiło do bulionu.
Efekt? Taka rynienka:

Potem trafiła ona do piekarnika. Nie pamiętam już na ile – stopień wypieczenia oceniałem na oko. Myślę jednak, że było to bliżej godziny. Efekt? Taki:

Trafił na noc do lodówki, bo wyczytałem, że tego typu pasztety upieczone i będące przed pobytem w lodówce są przerażająco miękkie.
A następnego dnia przeszedłem do testów: wjechała bułka z pasztetem.

Jak na pierwszy raz pasztet wyszedł okej. Na pewno wiem, że następnym razem będę musiał agresywniej go doprawić. Ale poza tym? Dobre, uratowanie przed wyrzuceniem na śmieci, jedzenie <3
Składanie Megazorda ramenu
Powiem szczerze – dla mnie ramen to nie zupa. To danie główne udające zupę, z cholera wie jakich powodów.
Jak mam traktować je inaczej, jak przez cholera wie jak długo kompletuje do niego dodatki. Niestety, albo na całe szczęście, większość z nich wymagało niewielkiej obróbki.
Najwięcej zabawy było z mięsem – dzień wcześniej je poporcjowałem, upiekłem i potem, każdego dnia przed podaniem zupy, podsmażałem na patelni.
Oprócz tego do drugiej i trzeciej porcji zamarynowaliśmy jajka w mieszance sosu sojowego, przypraw i wody. Pierwszego dnia nie było czegoś tak fajnego, bo byłem zwyczajnie leniwy.
Wodorosty, grzyby azjatyckie i makaron wymagały tylko zalania wrzątkiem. Bardzo mnie to ucieszyło, bo jakbym musiał działać na trzy palniki codziennie by „zmontować” obiad do końca, to bym zwariował.
To skoro już wiecie jakie puzzle składają się na moją obiadową układankę, to zobaczcie jak się one ułożyły. Pierwszego dnia ramen było dość biedne:

Czemu? Bo udało mi się zdobyć wszystkich dodatków – nie mogłem nigdzie dostać grzybów azjatyckich, a o kiełkach zapomniałem.
A te czerwone kropki? To ostry sos jakim ratowałem bulion. Okazało się bowiem, że sam bulion wołowy nie był dość „smakowity” dla ramenu.
Dzień później udało mi się dokupić inne dodatki. Dzięki czemu ramen zaczął bardziej wyglądać jak Ramen. A może nawet jak RAMEN:

Oprócz tego, do gotującego się bulionu dodałem pasty miso z dodatkiem dashi. Efekt? Jakieś plus milyjon do smaku.
Oprócz tego, jak widzicie, składniki są ułożone trochę sensowniej. Skąd ta zmiana? Wpuściłem moje Kochanie do kuchni i poprosiłem ją o pomoc przy składaniu wszystkiego w całość.
Zdjęcie trzeciego ramenu wrzucam przede wszystkim w imię zasad:

Jak już mam zdjęcie, to czemu miałoby się zmarnować? 😀
No dobra, ale nie jadłem tylko ramenu, to teraz czas wspomnieć trochę o innych rzeczach jakie robiłem.
Turboprosty obiad z kurczakiem i warzywami
Po tym, jak spędziłem cały dzień roboczy na ogarnianiu, w ten czy inny sposób, ramenu, miałem mały kryzys kreatywności kuchennej. Z chęciami też było trochę gorzej niż zwykle. Poszedłem więc na łatwiznę i kupiłem mieszankę warzyw na patelnię oraz gotowe stripsy z kurczaka.
Warzywa trafiły na patelnię, a stripsy do piekarnika. Żeby jednak nie było zbyt nudno i by móc się pochwalić chociaż minimalnym wkładem kreatywnym, wymieszałem miód, czosnek i ostry sos i taką „glazurą” wysmarowałem stripsy w trakcie pieczenia.
Efekt, zarówno wizualny, jak i smakowy? Cudowny:

Inne pierdoły
Kilka rzeczy, jakie wrzuciłem sobie do żołądka, a za którymi nie kryje się jakaś wielka historia.
Nie pamiętam, którego dnia, ale któregoś zrobiłem sobie ładne kanapki z żółtym serem, szynką i kiełkami:

Zdjęcie wyszło trochę mniej ładne, ale czasem mam prawo dokonać fakapu fotograficznego. Zdarza się najlepszym.
W sobotę, po rajdowaniu na Mega Starmie, nie miałem ochoty bawić się w kucharza. Poszedłem więc po linii najmniejszego oporu i przygarnąłem dla mnie i dla mojego Kochania po małej lasagni gotowej do upieczenia w piekarniku:

Po co przyprawy na wierzchu? By rozróżnić moją (z kurczakiem) od tej, którą zamówiła moja Kochana (bolognese). Taki mały lifehack.
Ostatni posiłek Obiad na pożegnanie urlopu
Nie mieliśmy pomysłu na niedzielny obiad. Nie chciało mi się robić czegoś tylko na jeden dzień, zwłaszcza że wiedziałem, że oprócz tego będę musiał wyprodukować „pudełka” do pracy na najbliższe kilka dni.
Dlatego zaproponowałem, w ramach pożegnania z urlopem, zamówienie sushi z naszego ulubionego lokalu. No i jak zawsze dowieźli:

Zarówno dosłownie, jak i w przenośni, bo pogoda w niedzielę była dość „niespacerowa”, więc nam nie przeszło przez myśl, by iść do lokalu.
No i tym oto pożegnalnym daniem się z wami żegnam. Oprócz tego życzę wam, żeby życie, tak samo jak to sushi i ten ramen, dowoziło 😀
Odkryj więcej z Yeti (nie tylko) o grach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
