Jako ambasador społeczności Pokemon GO słyszałem to pytanie na tyle często i odpowiadałem na nie w tylu różnych miejscach, że zwyczajnie żal by mi było nie napisać tego tutaj.

Po urągającym godności tygodniu, o którym mogę powiedzieć tylko jedno słowo*, dostarczam wam krótki opis mojego wybitnie krótkiego i mocno okazjonalnego grania.

Mam nadzieję, że ten tydzień będzie spokojniejszy.
Kolejny tydzień, kolejny raport z Jaśkowego giereczkowa.

W tym tygodniu mamy specjalnego gościa w postaci moich nóg, które w chwili pisania tego odpadały mi od tyłka.
Odważne pytanie, bo już z góry przyjmuję, że tę grę rzuciło w diabły sporo osób. Albo przynajmniej dość duża grupa by warto było do nich kierować wpis na blogu.
Jestem jednak w na tyle komfortowej sytuacji, że musiałem sobie sam na to pytanie odpowiedzieć. A skoro już to zrobiłem, to mogę podzielić się swoim ciągiem myślowym.

Tytuł trochę kąsliwy i sprzeczny z wcześniejszymi moimi stwierdzeniami, ale jedno mogę powiedzieć na pewno.

Pokemon GO od ostatniego razu, kiedy przywołałem go w wpisie znacznie się zmieniło. Pod jakim względem i czy osoby, które wcześniej odbiły się od gry mają co tutaj szukać? To już poniżej.

Być może dzięki temu ułatwię komuś decyzję zakupową, którą ja już podjąłem.
Jeżeli przypadkiem zabłądziłeś, to pierwsza część tekstu jest dostępna pod tym adresem.
W ramach przypomnienia: poniższy tekst jest artykułem gościnnym – autor prosił o zachowanie anonimowości, bo „nie jest moim celem reklamować siebie, tylko wytłumaczyć problem”.
Całość tekstu jest jego, a okazjonalne moje dopowiedzenia będą oznaczone w taki sposób.

Poniższy tekst jest artykułem gościnnym – autor prosił o zachowanie anonimowości, bo „nie jest moim celem reklamować siebie, tylko wytłumaczyć problem”.
Całość tekstu jest jego, a okazjonalne moje dopowiedzenia będą oznaczone w taki sposób.

W chwili gdy to piszę nie jestem już tak podjarany, jak w chwili gdy stałem pod urzędem miejskim i łapałem swojego pierwszego legendarnego pokemona, ale i tak