Smartfony i inny sprzęt mobilny długo mi się kojarzył z takimi sobie giereczkami w stylu Bejewelled. Potem trafiłem na Wayward Souls. I zacząłem klnąć…

Bo jak to tak? Porządna, wciągająca gra na komórkę? Taka, która łoi mi tyłek?
Wszystko związane z grami, co powinno was zainteresować.
Chociaż troszkę.

Ta gra to „zupełnie inna jazda” w porównaniu do innych gier MOBA. I jest pełnoprawną grą Blizzarda, co też odcisnęło swoje piętno na niej.

Wiecie na czym polega mój problem z Hatred? Nie na tym, że to będzie brutalna gra. Nic z tych rzeczy.

No i oczywiście my jesteśmy tutaj potrzebni. Pomożecie połamać stereotypy na temat graczy raz na zawsze?

Poniżej znajdziecie wpisy, których tematyka zahacza o „Drużynę”. W jakiejkolwiek postaci. Jest co czytać i warto to przeczytać. Ale dobrze: bez zbędnego bełkotololo – zapraszam do lektury i intensywnego klikania w linki!

Jakby co tekst ma na celu wyszydzenie niektórych z niedawnych poczynań firmy odpowiedzialnej za takie znane marki jak Prince of Persia, Rayman, Assasssin’s Creed, czy też Watch_Dogs (które otrzyma specjalny dział w tym tekście).



Nie zmyślam. Naprawdę wszyscy powinni wyluzować i przestać się bać, że następna łatka do Minecrafta zniszczy grę. O innych, bardziej kretyńskich (wybaczcie słowo, ale lżejsze epitety nie pasują) fobiach się wypowiem potem.
Pierwsze plotki o sprzedaży studia Mojang pojawiały się już od dłuższego czasu. Najwięcej ich się zaczęło pojawiać tydzień temu. A to, że ktoś chce kupić Minecrafta. Albo całe studio. Z Notchem, bez Notcha…
Ostatecznie skończyło się w następujący sposób: Microsoft wykupił Mojang za kosmiczną, na pierwszy rzut oka, sumę dwóch i pół miliarda dolarów. Notch oraz pozostali dwaj założyciele studia odeszli z firmy, a reszta dalej pracuje dla Microsoftu. Kto nie wierzy, ten niech przeczyta oficjalną informację na ten temat na blogu firmy.

Absolutnie nic strasznego. Kury znoszącej złote jajka się nie tyka. Się ją głaszcze, daje wyselekcjonowaną karmę i nawet osobny barak do spania. Microsoft to nie jest Electronic Arts by robić dziwne rzeczy z swoją własnością. Najgorszą rzeczą, jaką może spotkać Minecrafta, to doprowadzenie gry do wersji „kompletnej” i zmniejszenie tempa wypuszczania nowych treści do gry. Wszystkich martwiących się o, przykładowo, wmontowanie w grę mikropłatności albo zablokowanie edycji na platformy inne niż PC i XBox One proszę o powrót do pierwszego zdania tego akapitu i przeczytanie go znowu. Wersje na inne platformy oznaczają olbrzymie zyski. Ktoś, kto daje za markę dwa i pół miliarda dolarów chce zysków. Nie zmniejsza ich sobie dla podbicia własnego ego, albo by zaryzykować w celu sprzedanie większej liczby konsol o wątpliwej funkcjonalności.
Warto tutaj wspomnieć o bardzo istotnej sprawie: odejście Notcha ma na rozwój Minecrafta taki sam wpływ jak ja. Jak on sam się często przyznaje, jego obecność w studiu od dawna jest sprawą prestiżową, a nie techniczną. Ba! Od pewnego czasu nie należy nawet do ekipy tworzącej nowe łatki do gry. Więcej o nim pod koniec wpisu, tymczasem więcej o jego dziele, bo to ono jest tutaj jedyną prawdziwie istotną rzeczą.

Nie owijajmy w bawełnę: zakup Mojang to zakupienie Minecrafta. Pozostałe rzeczy są mało znaczącymi przystawkami, których równie dobrze mogłoby nie być. Przynajmniej w porównaniu do najpopularniejszej gry tego studia. W Smyku, w innych sklepach zabawkarskich, czy nawet w Empikach znajdziemy dedykowane Minecraftowi półki z pluszowymi zwierzakami, figurkami z głównym bohaterem gry, a nawet wydrukowanymi podręcznikami do gry. To już nie jest tylko gra. To olbrzymich rozmiarów marka, która przygniata swoim rozmachem. Jedyną franczyzą, która tak mocno wyszła z świata gier jest Angry Birds (Pokemonów nie liczę, bo Nintendo to stan umysłu. Dzięki Baju!). Każdy chyba widział już pendrive’y, poduszki, czy zeszyty z zirytowanymi ptaszyskami, prawda? Ja czekam na pendrive’a w kształcie creepera. O ile już go nie ma.
I teraz spójrzmy prawdzie w oczy: Mojang nie ma kompetencji do zarządzania imperium minecraftowym. Rodzaje licencjonowanych produktów liczą się już w setkach. Studio, które jeszcze niedawno miało mniej niż 10 osób w zespole ma się w tym rozgarniać i tworzyć gry? Śmiechu warty pomysł! Porównajmy to z Microsoftem: istniejącą od zawsze firmą, która zarządza liczbą marek, przy której liczba wydanych w tym roku gier AAA jest niewielka. Oni mają doświadczenie, zarówno managerskie, jak i marketingowe by ta cała machineria działała szybko, sprawnie i, przede wszystkim, dochodowo.
Jasne, możemy sobie gdybać o Minecraftach 2, czy polepszonych edycjach… Ale w to też mój rozum każe mi wątpić. Formuła Minecrafta jest sprawdzona i wymaga dodatkowych treści, a nie lepszych tekstur (brońcie nas bogowie przed HD) czy udziwnień. Microsoft nie będzie się w to wtrącał aż do chwili, gdy zyski z marki nie zaczną topnieć na ich oczach. Wtedy pewnie stworzą coś nowego. Cóż takiego? Nie wiem. I nie dowiem się za szybko, bo nie popełnię dwa razy tego samego błędu i docenię siłę tych dziwnych, pikselowatych, trójwymiarowych klocków do budowania wszystkiego. Od zamków, po statki kosmiczne i działające procesory.
Jak na razie brzmi pięknie, prawda? Niestety, nie można tego samego powiedzieć o innych tworach tego studia.
Na dobrą sprawę trudno mówić o innych tworach, gdy powstała AŻ jedna gra: Scrolls.

Zapamiętam tę grę do końca życia. Chociażby z tego powodu, że jest to jedna z pierwszych zrecenzowanych przeze mnie gier oraz moja recenzja była pierwszą w polskim internecie. Taki tam lans. Jednakże, sława tej gry nijak się ma do popularności wirtualnych klocków Lego. Nie znam dokładnych cyfry: liczby graczy, tego ile pieniędzy zostawiają w ramach mikropłatności, czy istnieją jakieś tendencje wzrostowe obu tych wartości.
Możemy jednak spokojnie przyjąć, że jeżeli ta gra nie będzie się rozwijać w przyzwoitym tempie, to Microsoft rozkaże swojemu nowemu podopiecznemu zakończyć zabawę z Scrolls i zakopać tę grę w głębokim rowie. Biznes to biznes, makao i po makale. Czy jakoś tak.
No dobrze, oprócz Scrolls jest jeszcze wydawana i współtworzona przez Mojang gra Cobalt. Na pierwszy i drugi rzut oka wygląda na całkiem fajną grą akcji z robotami w roli głównej. Tę grę prawdopodobnie Mojang dalej będzie współtworzył, a główny twórca, którym jest studio Oxeye usłyszy pewnie kilka razy propozycje dotyczące pierwszeństwa dla konsol Microsoftu.
A poza tym? Nic. Mojang nie ma w swoim dorobku żadnej innej gry, nawet w fazie pre-alfa. Dzięki temu nie mamy o co się bać.
Największą ciekawostką jest odejście Notcha.
Jak on sam, na swoim blogu, tłumaczy: odszedł nie dlatego, że chce odejść na emeryturę i mieć wyłożone na świat. Odszedł by nie zwariować.
Cokolwiek by o tym nie myśleć, to ma to sens. Jakby ktoś mi powiedział 10 lat temu, że zabawa w wykopywanie sześcianów ziemi i robienie z domów wyewouluje do dzisiejszej postaci zarabiającej tysiące dolarów dziennie francyzy, to bym go sam zapakował w kaftan i dostarczył na oddział specjalistyczny nim stałbym się niebezpieczeństwem dla społeczeństwa. Notch pewnie myślał, że zrobił fajną grę, sprzeda się kilkaset sztuk i będzie świetnie. A tymczasem sprzedał. Kilka milionów i to mogło być dla niego czymś zbyt wielkim.
Po tym jak ta transakcja zostanie sfinalizowana, planuje on „wrócić do brania udziału w Ludum Dare i tworzeniu małych eksperymentów sieciowych”. Pisze również, że jeżeli stworzy coś, co zyska popularność, to prawdopodobnie to porzuci. Nie dziwi mnie to, ale jednocześnie podejrzewam, że to może sprawić, że on nie zrobi nic do końca życia: ciąży na nim piętno „twórcy Minecrafta”. Cokolwiek będzie robił, to ktoś będzie na to patrzył i okrzyknie to „nowym dzieckiem twórcy Minecrafta”. Notch długo spokoju nie zazna. No, chyba, że będzie tworzył tylko rzeczy na miarę Cliffhorse.
Wiecie co? Szkoda mi go. Chce spokoju, a był zbluzgiwany za to, na co nie miał wpływu, bo od dłuższego czasu nie ma on wpływu na to co się dzieje z Minecraftem. Kto by nie miał tego dość?
Pytania? Wnioski? Rzeczy niezrozumiałe? Problemy? 🙂