Zainspirowany komentarzem, jaki napisałem na pewnym blogu postanowiłem podziękować wielu osobom, które teoretycznie niewiele pomogły w tej akcji, ALE uważam, że ich zasługi zasługują na wzmiankę. W końcu, to również dzięki nim ALS Ice Bucket Challenge osiągnął taki sukces.
Dzisiaj rozpoczęła się główna faza turnieju The International 2014. Nie byłoby w tym szczególnego, gdyby nie fakt, że całe to wydarzenie będzie emitowane przez stację telewizyjną o tematyce sportowej.
O miejscu, gdzie turniej się odbywa też będzie, ale to już mniej wyjątkowe
Wczoraj dość późnym wieczorem z tym blogiem zaczęły się dziać rzeczy DZIWNE. Ja, jak to ja, nie byłem zadowolony z tego, że „po prostu działa”. Ma działać NAJLEPIEJ. Niestety, z moich chęci wynikła tragikomedia pierwszej klasy.
Nie spodziewałem się, że doczekam się takiej historii. W internecie czytałem wiele dziwnych relacji. Gdy moja znajoma zadała mi jedno pytanie dotyczące jej laptopa, to nie spodziewałem się, że zobaczę rzeczy tak dziwne. Wszystko dzięki pewnemu sklepowi „nie dla idiotów” i sprzętowi, który jej sprzedali.
Sony Vaio VPCEB3M1E – główny bohater wpisu (zdjęcie poglądowe wzięte z uk.hardware.info)
Historia całkowicie prawdziwa. Smutna, głupia i wywołująca kilkukrotnie wyraz twarzy sugerujący brak wiary w czytany tekst. To w pełni zrozumiałe. Jakbym sam tego nie przeżył, to też bym nie uwierzył.
Ten świat mnie dobija. NIENAWIDZĘ pisać o tym jaki otaczający mnie świat jest chory i pozbawiony podstawowych zasad logiki i zdrowego rozsądku. Niedawno kolejny cios zadany normalności nadszedł z strony lekarzy. Kilka tysięcy z nich zadeklarowało, że gusła są dla nich ważniejsze od wiedzy. I jak tu nie być zażenowanym? A przede wszystkim PRZERAŻONYM? I właśnie dlatego muszę o tym napisać. Bo nie wolno żyć w nieświadomości.
Kilka tysięcy lekarzy uznało wyższość krucyfiksu od tego symbolu.
Nie dalej niż dwie godziny temu zastanawiałem się czy cisza wyborcza w aktualnej postaci cokolwiek znaczy. Teraz pojawił się materiał, który sprawia, że się zastanawiam, czy cisza wyborcza w dzisiejszych czasach ma chociaż symboliczny sens. I minimalne szanse na jej utrzymanie.
Główny bohater wpisu – via Konserwatyzm.pl (chociaż zdjęcia mają dobre).
Prehistoryczna Komisja Wyborcza
'Ten wpis nie powstałby, gdyby nie komediowa, albo tragiczna, wypowiedź szefa Państwowej Komisji Wyborczej. Stefan Jaworski stwierdził, że polubienie danej partii politycznej, lub jakiegoś polityka w sieci społecznościowej będzie uznane za agitację wyborczą. W świetle prawa, za polubienie fanpage’a Platformy Obywatelskiej, SLD albo Kongresu Nowej Prawicy będzie mogło zostać ukarane grzywną. Jakby ktoś nie wierzył, albo myślał, że wypaczam czyjąś wypowiedź – tutaj artykuł na stronie Tok.fm, a poniżej nagranie wypowiedzi.
http://www.youtube.com/watch?v=EJ71El5Puqw
W teorii. A w praktyce? Już sobie wyobrażam te wszystkie zgłoszenia do prokuratury. Te wszystkie wnioski o otrzymanie danych z sieci społecznościowych. Jesteście w stanie sobie to wyobrazić? Jakby jedna dziesiąta tych „przewinień” weszła w normalny tor postępowań, to sądy by UMARŁY na kilka miesięcy. No i przede wszystkim: człowieka stojącego na środku placu i wykrzykującego „GŁOSUJ NA…” łatwo wychwycić. A jak będzie z polubieniami? PKW wykupi abonament w Brand24, czy innym narzędziu do monitoringu i będą pilnować internetów? Ciekawe ile pieniędzy by na to poszło.
Ciszy wyborczej nigdy nie było…
Agitacja, czy też zwykłe rozmowy o polityce są czymś, czego z polskiego domu się nie usunie. Nawet jeżeli przyjmiemy, że ktoś ma tak wyłożone na politykę jak ja, to zawsze pozostaje telewizja. Co roku rzuca mi się w oczy to, jak telewizje pokazują uśmiechnięte twarze polityków i innych ludzi z sfery publicznej, udających się głosować. To nie jest agitacja, w jakiejś postaci?
Idąc od mojego i mojej lubej mieszkanka, do siedziby komisji wyborczej będę mijał, szacując, 15 plakatów różnych i różnistych kandydatów do europarlamentu. To też nie jest agitacja w żadnym tego słowa znaczeniu?
… ale w czasach internetu widać to lepiej
Od kiedy mamy serwisy społecznościowe, to wieści roznoszą się niczym pożar. Za sprawą znajomych i ich poglądów wiem już o KAŻDYM spocie, zlocie, znaku poparcia i bóg wiem czym jeszcze dotyczącym KNP. Widziałem setki spotów wyborczych udostępnionych głównie dla beki (tak jak pamiętny „Nie mów Boniemu nie, bo nie”.). Ale dobrze, to jest jeszcze PRZED wyborami. A jak jest w trakcie?
Kiedy w Warszawie odbywało się referendum za odwołaniem Hanny Gronkiewicz-Waltz, to dzięki informacji o grzybobraniu wiedziałem, że referendum było nieważne. W trakcie wyborów prezydenckich w 2010 roku też tłumaczono sobie wszystko szyfrem. Nazwiska polityków zastąpiono rajdowcami, a wartości procentowe składem kotleta mielonego.
Gollob prowadzi już czternastoma okrążeniami, Hampel zostaje z tyłu. Gollob prowadzi, ale Czerwonojabłczyński też rwie do przodu, czwarty Pan z Muszką.[…] Przepis na kotlet mielony: 50% żubra, 30% kota, 15% pomidorów, 3% pietruszki. Opłatka, whisky, buraka, szaleju, towotu i styropianu nie dodajemy.
I nie wygląda na to, by jakiekolwiek groźby czy zakazy miały to zmienić. Bo jakim prawem PKW miałoby zakazać podawania przepisów kulinarnych? Chwalić się grzybobraniem? Nie wiem… Podawać procent ludzi zainteresowanych socjalem i kapitalistów? Okażcie mi litość: jeżeli wierzycie, że da się temu zapobiec w sposób inny niż odcięcie ludzi od internetu, to nie odzywajcie się. Zresztą, nawet to rozwiązanie potrafiło nie wypalić. Patrz Egipt i Syria.
Jak powinno być?
Dobrze, kto pomyślał, że teraz powiem „spalić to świństwo” i ogłoszę, że ideałem byłoby wywalenie całej ciszy wyborczej w diabły? Zła wiadomość, mylicie się.
Cisza wyborcza dalej będzie potrzebna, ale w okrojonej postaci:
Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której dopuszczona by była agitacja w wykonaniu samych polityków i ich sztabów. W dowolnej postaci. Mówię tutaj zarówno o wiecach, jak i kandydatach stojących przed lokalem i podającym ręce potencjalnym wyborcom. O łamaniu rąk potencjalnych wyborców nawet nie wspomnę. Mimo iż jest to pierwsza myśl jaka przychodzi mi do głowy jak patrzę na niektórych kandydatów.
Tak samo nie wyobrażam sobie uczciwych wyborów przy pozwoleniu na publikowanie normalnych, jawnych i klarownie podanych sondaży wyborczych. Skąd ta uwaga? Politycy opozycyjni ciągle krzyczą o efekcie „owczego pędu”, że „ludzie głosują jak sondaże pokażą, a nie, że sondaże pokazują jak ludzie zagłosują” i tak do znudzenia. Ochłapy znajomości psychologii powiedzą, że coś w tych narzekaniach jest. A zdrowy rozsądek nakazuje pozbawić malkontentów powodów do narzekań.
Jednakże, kiedy słyszę te zabawne pomysły wprowadzenia i egzekwowania ciszy wyborczej w internecie, to mam ochotę zrobić jedno: zobaczyć jak pójdzie egzekwowanie tego pomysłu. Bo ja czuję, że byłby to tylko kolejny martwy przepis.
I wtedy będziemy mogli zadać pytanie: na co marnować czas i pieniądze na coś, co nie przyniesie skutków poza szyderstwami? Czy ktoś mi powie, po co?
Krótki wpis, pisany na kolanie, pod wpływem chwili i nagłego podłamania psychiki. No cóż, zdarza się najlepszym, tia? Poniżej kilka informacji, które was interesują, nawet jeżeli uważacie, że jest inaczej. Przyjmując oczywiście, że jesteś (względnie) stałym czytelnikiem, a nie randomem przysłanym przez wujka Google.
Primo: przedłużyłem swoją domenę.
Jeżeli ktoś mnie „lubi” na Facebooku, to już wie. Tak, stało się. Jeszcze przez 393 dni będę was straszył pod adresem YetiOGrach.pl. Klamka zapadła, przelew zrobiony, blog będzie trwał. Hip,hip, HURRA? Dla mnie na pewno.
Pozostaje tylko wykupić hosting jeszcze na jeden rok i będzie dobrze. Można nawet powiedzieć, że bardzo dobrze. Pomysłów dalej mam więcej niż możliwości i póki tak będzie, to do wtedy będziecie mieli o czym czytać. A ja o czym pisać. HIP, HIP! HURRA!
Secundo: moje być, albo nie być.
O godzinie 14:00 mam rozmowę, której rezultat drastycznie zmieni moje życie. Harmonogram dnia, sytuację finansową, towarzystwo… W sumie wszystko. Oczywiście, ja jak to ja: niby wiem, że się tam nadaje. Niby wiem, że mam kwalifikacje. Niby wiem, że nie zawiodę. Ale i tak się stresuje jak diabli (trzej).
Trzymajcie kciuki! Jeżeli mi się uda, to wszyscy na tym zyskamy. Wy również. I wybaczcie tajemniczość, ale w takich przypadkach, to wychodzi ze mnie przesądne stworzenie. Niby nie wierze w czarne koty, piątek trzynastego i przechodzenie pod drabiną, ale… wolę mieć wszystko co możliwe po swojej stronie 🙂
Tercio: szansa by mnie dopaść na żywo dla mieszkańców Szczecina i okolicznych nadmorskich wiosek (nie bić za to określenie proszę).
Mamy tutaj ludzi mieszkających w tym samym mieście co ja? Bo jeżeli tak, to jest „opcja”. Organizuje spotkanie (spęd?) fanów fanpage’a Grające Kobiety. Ot, taki pomysł, by zebrać jakąś część tych niemal 9 tysięcy fanów w jednym czasie i miejscu.
Czas i miejsce zostało ustalone: sobota, 24. maja, godzina 17:00 w pubie „Petit Paris”. Jesteście fanami wydarzeń na Facebooku? To tutaj je macie. Zapraszam serdecznie! Jak wypali i będą chętni, to będziemy takie spotkania robić cyklicznie.
Na dobrą sprawę tyle mam wam do przekazania. Do przeczytania, usłyszenia, i/lub zobaczenia. Już wkrótce!
Jakoś tak mi się zebrało by napisać wpis pozbawiony treści growych. A to wszystko za sprawą wykładu, na którym wczoraj byłem. Tak, wykład. W sobotę. Po południu. A ja jeszcze najchętniej bym ponarzekał na to, że był za krótki.
Tytułowe rozmyślenia wywołał u mnie wczorajszy wykład Michała Sadowskiego. Dla mnie to imię jest znane, ale na wypadek, jakbyś ktoś nie znał człowieka: to taki pan, który 3 lata temu stworzył Brand24. Ot, kolejne narzędzie do monitoringu internetu. Niby tak, ale osiągnął w 3 lata sukces na polskim rynku i zaczął oblegać resztę świata. Ale to inna historia: Michał jest mistrzem marketingu. I w sumie głównie o tym był jego wykład. I to co, gdzie, jak i kiedy założyć własny biznes też, ale o tym za chwilkę.
Śledzę Michała na Facebooku od jakiegoś czasu. Na ile mi pamięć służy, to zacząłem jakoś przed pojawieniem się klipu „Internety Robię”. Jak ktoś nie widział, to niech zobaczy teraz.
No, nawet nie wiem jak to się stało. Znajomy podrzucił? Podpatrzyłem od kogoś? Jakoś tak to było. Co nie zmienia drobnego faktu: dzięki temu widzę, że to co potem dostajemy na wykładzie, to nie są jakieś ekstrawaganckie teorie wzięte z miksera, do którego wrzucono książki teoretyków wszelkiej maści. Dostałem wykład oparty na autentycznych działaniach. Zresztą, widzę je na Facebooku. Nie są to czerstwe sposoby na promocję, które uczą mnie teraz na studiach. Albo które są teraz wbijane indeksami do głów biednym studentom marketingu i kierunków pokrewnych. W tym momencie tym ostatnim przesyłam wyrazy ubolewania.
Potem, jak wróciłem do domu, to mnie olśniło: tego mi teraz brakuje najbardziej na studiach. Dlatego mam ochotę je zakończyć jak najszybciej, niekoniecznie nawet dbając o licencjat. Bo czuje, że mój czas jest marnowany. A mógłby by być wykorzystany do tego, by przekazać mi coś bardziej wartościowego od suchej teorii: autentyczne doświadczenia. Coś takiego bardziej zapada w pamięć. I w przeciwieństwie do teoretycznej wiedzy wiemy od razu czy to rozwiązanie się sprawdza, czy nie.
Moje zajęcia z praktykami dziennikarstwa bądź public relations w znacznej mierze były… smutne. Co z tego, że zajęcia prowadzi ktoś, kto ma doświadczenie jako PR-owiec, skoro na slajdach mam parafrazę definicji z Wikipedii, przeplataną ? Na co mi zajęcia z dziennikarzem śledczym, który na połowie zajęć wyciąga zeszyt i „przemawia” definicjami z niego? O wiele więcej zapamiętam i wiele więcej skorzystam z wykładu dziennikarza, który opowiedział na wykładzie, krok po kroku, jak przygotował się i napisał relację z koncertu. Powiem nawet więcej: ja mogę tę historię opowiedzieć przy piwie i będzie ciekawie. To się dopiero nazywa wielofunkcyjność.
Żeby uczyć ludzi teorii trzeba umieć to robić. Być mówcą. W starożytnym tego słowa znaczeniu. Umieć przykuć uwagę publiczność i nie wypuszczać jej z rąk przez półtorej godziny. To jest rzadkość. Przez cały okres moich studiów trafiłem na jednego wykładowcę, który potrafił przedstawić wiedzę teoretyczną i wyniki różnorakich badań w ciekawy sposób. Tak, że mimo wielkiej niechęci do notatek wszelakich, spora część tej wiedzy siedzi u mnie w głowie. Oczywiście pożegnano go z uczelni, bo… szkoda nawet pisać czemu. Ot, kolejna komedia systemu edukacji.
Wiecie czemu ja to piszę? Bo myślę sobie tak: moja matka płaci wszystkie podatki. Ja też, nawet jak mi wpadnie coś „na boku”. Niby to idzie również na szkolnictwo wyższe. Ja tego nie czuje. Chwilami po zajęciach czuje się głupszy niż byłem przed nimi. A potem pojawia się wykład Michała Sadowskiego o 17:00 w SOBOTĘ, na który lecę. Wykład, 17:00, sobota. Pół godziny drogi pchając się autobusami i innymi tego typu. I jestem nie dość, że bardziej szczęśliwy, to jeszcze bogatszy o wiedzę, której nie wyciągnę z książek.
Tyle, jeżeli chodzi o wykłady wszelakie, teraz sprawa organizacyjna.
Starzeję się (że tak to ujmę). Gry dalej są moim głównym hobby, ale siłą rzeczy będę na nie przeznaczał coraz mniej czasu. Aż do jakiegoś pułapu, bo porzucenia grania sobie nie wyobrażam. Nie zmienia to faktu, że nie chciałbym pisać tylko o nich. Najlepszy dowód przed chwilą przeczytaliście. Pytanie natury technicznej macie poniżej. Głowić się nad nową domeną, czy niekoniecznie? Jak wy, czytelnicy moich wywodów, uważacie?
Tradycyjny okres obżarstwa maksymalnego mam za sobą. Trochę rzeczy z tego wyniosłem, więc muszę się pochwalić/pożalić. Bo jest czym, jak to po świętach. No i ogarnijcie też, czy dostaniecie w tym roku ode mnie prezent.
Zacznę od chwalenia się, by pasowało do świąt: wiadomym jest to, że najpierw zacieszamy się z rodzinnej atmosfery (chociaż raz do roku) i syto zastawionego stołu wigilijnego, by potem przejść do jęczenia i innych tego typu.
Radocha
Powodów do radochy miałem całkiem sporo: odsapnąłem od pisania (bo nawet grafoman może mieć dość). Byłem razem ze swoją dziewczyną na kolacji wigilijnej u mojej cioci .Ot, taka tradycja. No, już była, bo teraz będę tam raz na dwa lata, bo będziemy jeszcze jeździć do rodzinki mojej lubej. Tak na przemian.
Nasłuchałem się anegdot z przychodni (kuzynka jest pielęgniarką) i się pośmiałem z ludzi, którzy nie mają szacunku dla nikogo poza facetem w kitlu. Pamiętajcie ludzie: lekarz przepisuje leczenie, ale często właściwe zabiegi wykonuje pielęgniarka. Prawdopodobnie ta sama, po której jechaliście na starcie. Oprócz tego okazało się, że mój wujek również gra w Diablo 3. Mam kolejny powód by przyśpieszyć nabijanie poziomów swojego barbarzyńcy, dorobiłem się kolejnej osoby z którą mógłbym dokonać masowej eksterminacji piekielnych pomiotów. PARTY HARD, HUHU!
Oprócz tego prezenty: od bliżej nieokreślonego Świętego Mikołaja otrzymałem książkę Upalna Zima. Ot, taki sobie zbiór opowiadań fantasy, który niewątpliwie przeczytam. Prawdopodobnie jeszcze w tym roku.
Ale i tak większy zaciesz mam z prezentu od dziewczyny: KOMPLET KOŚCI DO RPG-ÓW WSZELAKICH! Marzył mi się taki, zwłaszcza, że mój zestawik uległ rozproszeniu i zagubieniu pod wpływem grania w warunkach polowych oraz ingerencji kotów. Tak czy siak, mój zaciesz jest ogromny. I może to mnie przymusi do rozpoczęcia i PRZEPROWADZENIA całej kampanii.
Oprócz tego wyrównałem roczny niedobór ryby w diecie. Ryba po grecku, smażony karp, śledź pod pierzyną… Samo dobro, SAMO DOBRO 😀
No i oprócz tego odblokowałem osiągnięcie: zrobiłem jadalne ciasto 😀
Smutałke, bo…
… 3 kilo do przodu. Przy tak dobrym jedzeniu jest to bardzo łatwo osiągnąć. Ale mimo tego, że byłem świadom jak to się skończy, to i tak smutam. Równo 80kg :X
… mam świadomość, że wigilia jest raz do roku i znowu się rozproszymy na niemal cały rok.
… kończy się rok kalendarzowy, kończy się „leżing i opierdaling” i trzeba brać się za licencjat. Bogowie, nienawidzę tego :X
Prezenty
To na koniec dwa zdania na temat mnie jako świętego mikołaja. Umowa, to umowa: znalazło się więcej niż 10 osób chętnych do wzięcia udziału w losowaniu, więc rozlosowałem. Nie lubię szastać prywatnymi danymi więc podam tylko szczątkowe informacje. Wygrały osoby z następującymi adresami e-mail:
Jak działamy z nagrodami? Piszę w tej kolejności maila i pytam się o grę. Wysyłam prezent i lecę do następnego farciarza. Ostatnia osoba ma niewielkiego pecha, bo dostanie to, czego nie wybiorą pozostali. Jakby co przypominam, że do zgarnięcia było Orcs Must Die 1 i 2, Sanctum 1 i 2 oraz Scribblenauts Unlimited
Tyle w temacie. Bawcie się dobrze w imieniny Sylwestra. Pamiętajcie: nie mieszamy 😉 Do przeczytania!
Czołem czytelnicy! Wiem o tym, że ostatnio mało piszę, ale obiecuje, że wkrótce ruszę z kopyta. Poniżej, jakby był ktoś zainteresowany, to może zobaczyć trochę wyjaśnień, trochę planów i trochę… wszystkiego?
No to teraz po kolei zajmiemy się tym co wymieniłem. Nie piszę bo:
nie chce mi się, nie mam weny
czuje się jak ludzka pomyja. Odkryłem, że wystarczy tydzień bez możliwości zagrzania sobie większej ilości ciepłej wody i człowiek od razu traci chęci do życia. Nawet nie mogę sobie miski ciepłej wody zagrzać do kąpieli, bo zdąży ostygnąć. Uwierzcie mi: kiedy nie można się nawet porządnie umyć, to ledwo chce się żyć :/
tak samo z żarciem. Jeżeli jutro nie będę mógł na legalu, w domu zrobić „najprostszego spaghetti na świecie”, to zamówię półmetrową pizzę i zjem zaraz po tym jak wyjmą ją z piekarnika. Ot tak, by zjeść coś ciepłego
Diablo 3 mnie wessało (tak jak zapowiadałem). W ciągu ostatniego tygodnia ugrałem w nie nędzne 15 godzin. Nie będę się oszukiwał: zakup już wkrótce. Na pewno przed premierą Diablo 3: Reaper of Souls.
Wspominałem, że mi się nie chce?
Ale dobra, to tak: jutro moje życie (dostawy gazu) powinno wrócić do normy. Wtedy też wrócę do pisania jakiś bardziej konkretnych tekstów. I w ramach rekompensaty macie wyciąg z mojej listy tychże. Serio, zacząłem zapisywać tematy na wpisy. Kupiłem sobie na studia ładny zeszyt z napisem „Keep Calm And Love The Internet”, a potem się okazało, że jest JEDEN przedmiot na którym muszę COŚ pisać. I tyle, nic poza tym. Więc zeszyt zmienił zastosowanie na moje blogowe pierdoły, takie jak spontaniczne zapiski na potrzeby wpisów. Soon (w znaczeniu Blizzardowskim) będę pisał o:m
Defender’s Quest 2
QbQbQb
Reaper
Cat Cafe
Lubię Być Fantastą
Ugabuga, tego wam nie powiem
Diablo PL
Everquest Next
Pewnie jeszcze coś o Deathfire się dowiem
O pewnej imprezie growej
I pamiętacie o tym, że zawsze jestem otwarty na propozycje? 🙂 Jak mnie dopaść wiecie, a jak nie wiecie, to tu się dowiecie!
Jak wam się podoba znaczek FB z boku? Ogólnie, przyjmuje uwagi dotyczące konstrukcji bloga. Z doświadczenia wiem, że po tym jak się rozpiszę, to będę miał ochotę na przerwę. Znając mnie, to w trakcie jej trwania będę grzebał sobie w blogu. Jeżeli macie pomysł na coś co może „technicznie” mu pomóc, to jestem otwarty na propozycje.
No i dobra, w sumie tyle na dziś. Życzę wam miłych ostatnich godzin weekendu i powiem jedno: do przeczytania wkrótce!