Smuggler i Gram.pl wytłumaczyli mi czemu polskie media growe są do kitu

Za sprawą jednego tekstu dowiedziałem się co jest nie w porządku z polskimi mediami growymi. Wystarczył jeden, nawet nie do końca krytyczny, tekst i „kawa się wylała”.

Lubię wektory i nic na to nie poradzę. Wzięte z Freepik.com
Lubię wektory i nic na to nie poradzę. Wzięte z Freepik.com

Na dobrą sprawę dajcie mi jeszcze chwilę, bo dalej nie wierzę, że przeczytałem coś tak głupiego.

Cytat robiący dziury w mózgu…

Zaczęło się niewinnie – Smuggler* napisał tekst zatytułowany „Wiedźmiński ból tyłka” naśmiewający się z krytyków Wiedźmina 3, którzy jego zdaniem nie rozumieli, że początkowe trailery nie musiały pokazywać „przeciętnej” grafiki z gry. Wypowiedź Smugglera jest dość długa i o wiele sensowniejsze niż jej przytaczanie będzie jej zalinkowanie w tym miejscu.

Dla tego tekstu naprawdę istotny jest jeden fragment:

Tylko jeden polski sajt zamieścił zapowiedź zdecydowanie negatywną, zarzucając m.in. że „bugi wylewają się z ekranu”. I co? I większość narzekających uwierzyła w to („Wiedziałem, Wiedźbug, anuluję preorder!” itd.). Nie wnikam czy autor owej tezy ma rację, czy nie (choć przypomniało mi się powiedzonko „jeśli wszyscy mówią, że woda jest mokra, ty powiedz że jest sucha, a na pewno cię dostrzegą”).

Mimo tego, że ani autor, ani nazwa witryny nie jest podana na tacy, to dość łatwo można odkryć, że chodzi o Gamezillę (tą samą, która niedawno napisała, że League of Legends „to tylko gra”) i o tekst Mateusza Gołębia, który zalinkuje tutaj.

Ale dobrze, przejdźmy do najważniejszego: tekst ten został potraktowany jako atak wobec tegoż portalu. Jest to z lekka bezsensu, bo by odkryć jaki portal został wspomiany w tekście opublikowanym na stronie CD-Action trzeba było:

  • śledzić wszystkie informacje na temat Wiedźmina 3
  • spędzić sporo czasu na szukaniu tekstów o wrażeniach z wcześniej wersji gry

Poddaje w szczerą wątpliwość fakt, by komuś specjalnie chciało się poświęcać tyle czasu na szukanie domniemanego winowajcy z tekstu. No i poza tym, najważniejszą częścią tekstu zdawało się być kulawe tłumaczenie tego czym jest optymalizacja w grach.

Wracając jednak do tematu: w obronie bitego przez Smugglera tekstu stanął Tomasz Dittrich z serwisu Gram.pl. W swoim tekście „Krytyka krytyki krytykujących” wytknął Smugglerowi jego niepełną wiedzę na temat optymalizacji gier. Pod tym względem jego artykuł jest bardzo ciekawy, i sam Smuggler przyznał, że sporo z niego wyniósł. Jest jednak jeden fragment, który zarówno jego, jak i mnie przeraził. 

W naszej małej branży dziennikarskiej panuje niepisana zasada: jeżeli nawet nie zgadzamy się z opinią redaktorów innych portali lub czasopism, dyskutujemy o tym we własnym gronie, nie wywlekając sprawy publicznie. Ktoś jednak postanowił chyba wyjść przed szereg…

Tłumacząc na język polski – nie nabijaj się z branży publicznie. To nieładne.

Jakby tekst mógł wywołać raka, to bym w tym momencie zaczął zbierać na leczenie.

… i jego smutne konsekwencje.

Na początek informuje: polskie media growe znam jedynie od strony czytelnika. Znam kilku dziennikarzy growych, ale

  • robią to hobbystycznie i nie zarabiają na tym.
  • nie rozmawiam z nimi o pracy, bo nie chcą o tym gadać.

Dlatego też, miast wypowiadać się jako jeden z branży, powiem co o tym sądzę jako czytelnik i osobnik, który przeżył studia dziennikarskie. Wraz z długimi monologami długoletnich dziennikarzy, co jest ich nieodzowną częścią.

Ta niepisana zasada to najbardziej debilna rzecz jaką zobaczyłem przez ostatnie kilka lat mojego życia.

Nie jest to jednak tak, że możemy ją przyjąć za pewnik. Jednakże, nawet jeżeli nie jest ona gdzieś zapisana, to próżno w dzisiejszych czasach szukać reakcji na co bardziej śmieszne wypowiedzi innych dziennikarzy.

Ta reguła jest również zaprzeczeniem tego, czym jest normalne dziennikarstwo. Bo, przepraszam bardzo, takie zabawy są sprzeczne z podstawową zasadą dziennikarstwa, jaką jest dążenie do prawdy.

W momencie, kiedy pisanie przychodzi bez konsekwencji, to wiele dziwnych rzeczy trafia do publikacji. Bo kto się tym przejmie?
Czytelnicy znający się na danym temacie? Utoną w morzu komentarzy podobnych do wspomnianego wyżej „Wiedziałem! Wiedźbug!”.
Przedstawiciele studia? Wątpię by byli w stanie przeczytać każdy możliwy tekst na temat ich gry.

W tej sytuacji, skoro „panuje niepisana zasada”, to nikt nie wytknie im publicznie błędu tak, by czytelnicy się o tym dowiedzieli. Brakuje tutaj jednej z podstawowych funkcji wolnych mediów: kontrolnej.
Kojarzy mi się to z nieszczęsną, robiącą furorę za granicą aferą „Gamer Gate” i jedną z jej części składowych: grupą „GameJournoPros”, która była swoistym kółkiem wzajemnej adoracji zagranicznych dziennikarzy growych.

Spójrzmy na „normalne media” w ostatnim czasie. Niedawno Wprost zapowiadał szumny artykuł o przypadkach molestowania seksualnego w wykonaniu Kamila Durczoka (redaktora naczelnego Faktów TVN i prezentera tegoż programu). Ostatecznie do tygodnika wylądował tekst nie mówiący nic na ten temat, do tego prezentujący zupełnie inne zarzuty, na bazie, wywołującego bardziej śmiech niż przerażenie, materiału dowodowego. Jak zareagowała społeczność dziennikarzy?

Wdeptała Wprost w ziemię. Z tekstów polemicznych można by utworzyć osobny tygodnik opinii, a z różnorakich komentarzy w mediach społecznościowych można utworzyć osobny portal społecznościowy. I to jest dobre. A przede wszystkim potrzebne.

Oczywiście to nie jest jakiś wyjątkowy przypadek. Takie sytuacje zdarzają się na co dzień. Oprócz tego istnieje wiele usystematyzowanych sposobów bicia po głowach dziennikarzy, którzy swoją pracę wykonują źle. Przykładem może być nagroda „Hieny Roku”, która jest przyznawana za „szczególną nierzetelność i lekceważenie zasad etyki dziennikarskiej, albo działalność Rady Etyki Mediów.”

Tego wszystkie w prasie growej nie ma. Nic dziwnego, że potem powstają kwiaty dziennikarskie wołające o pomstę do nieba. Takie jak niedawna wypowiedź dziennikarza czasopisma Pixel na temat grywalizacji. Ta sama, niepisana zasada, o której wspomniał Tomasz Dittrich w „Krytyce krytyki krytykujących” teoretycznie sprawiła, że ten bełkot przeszedł bez echa. Niestety.

Nasuwa się z tego prosty wniosek: media growe jeszcze przez długi czas trzeba będzie traktować z przymrużeniem oka. I miast nim ufać i na spokojnie czytać co tworzą, trzeba będzie weryfikować co drugie zdanie. Bo rzeczywistość jest taka, że nikt tego nie zrobi za nas. Mimo tego, że mógłby, ma do tego kompetencje i nie ma żadnych przeciwwskazań by robić to w godzinach pracy. Ale, niestety: obowiązki wobec „branży” zdają się być ważniejsze od tych wobec czytelników.

To kto istnieje w końcu dla kogo: czytelnik dla piszącego, czy piszący dla czytelników? Dla mnie odpowiedź jest oczywista. Dla innych najwyraźniej nie jest.

Media growe
Płonąca gazeta. Obrazek w temacie

*- jakby ktoś nie wiedział – człowiek legenda, długoletni współpracownik czasopisma CD-Action. Jego istnienie jest potwierdzone, ale nikt nie zna jego prawdziwego imienia i nazwiska. Znany głównie z ciętych ripost na przychodzące do redakcji listy czytelników.

 

14 myśli na temat “Smuggler i Gram.pl wytłumaczyli mi czemu polskie media growe są do kitu”

  1. Bardzo dobry tekst, a od siebie chciałbym dodać, że wszystko sprowadza się do potocznej frazy „zabić wszystkich konfidentów”. Zaczęło się robić niewygodnie i teraz źródło trzeba będzie zniszczyć. Na stronach pojawi się milion tekstów na temat kontrowersyjności, rzetelności, a także materiały typu „Staramy się utrzymać dzięki najlepszym czytelnikom, szanujemy krytykę i to nie prawda co mówią inni(no może nie jeśli cisną smugglera)”. Będzie wojna, pewnie zacznie się ukazywanie siły każdej ze stron, a na końcu internet się zjednoczy i najedzie na prasę grową. Moje spekulacje, jednak przemyślane.
    A jak Ty drogi „Janie” przewidujesz koniec tej wojny?
    Pozdrawiam, WZ (pseudonim, nie inicjał :D).

    1. Bardzo dobry komentarz, bo przemyślany i pokazujący jedną z możliwych dróg, którymi ta sytuacja mogła się potoczyć

      Przy czym wątpię trochę, by media growe podjęły temat w taki sposób. A mój głos jest zbyt cichy, by dotrzeć do wystarczająco szerokiego grona odbiorców, by zacząć dyskusję o „profesjonalizmie” prasy growej. To chyba z tych sytuacji, gdzie chciałbym mieć kilkutysięczną widownię i pewność, że ten wpis trafi na Wykop, czy inne dziwne miejsca generujące kosmiczny ruch. Wtedy miałbym pewność, że ludzie zaczną tego wymagać od mediów growych.
      Nie obraziłbym się, jakby taka dyskusja się rozpoczęła i przyniosła jakieś skutki. Dziennikarze growi zyskali by szacunek „ogólnego” środowiska dziennikarskiego. Niewątpliwie taka profesjonalizacja ułatwiłaby grom przejście do głównego nurtu.

      Ale, jak wspomniałem wyżej – nie wierzę by do wojny doszło – od całej sytuacji minęły 4 dni. Żadne inne medium growe nie podjęło rękawicy i nie wyraziło swojego zdania na ten temat. A mogło to zrobić. Ba! Powinno.

  2. Czyli – skoro nie ma polemiki i krytykowania konkurencji, to nie możemy ufać recenzjom i tekstom publicystycznym o grach…?

    Dziwna logika.

    1. Ale dużo publicznych dyskusji na temat publikacji w środowisku growym nie widzę.
      Więc nawet jeżeli jakiejś reguły nie ma, to norm zachowań typowych dla mediów głównego nurtu też nie widać.

  3. Czy będzie chociaż jeden miesiąc że nie będziesz już nic majstrował w kodzie strony? 🙂 Gdzieś w 97-2000 roku kupiłem sobie CD-Action i tam był niejaki Smuggler, który bredził coś o „gumowych kurczakach” na ostatnich stronach magazynu. Powiadasz, że teraz jest „człowiekiem legendą”?

    Zacznij robić vlogi na YT.

    1. Szczerze mówiąc to wątpię. Lubię się bawić. No i Disqus zaczął być do bani, więc go porzuciłem na rzecz natywnych komentarzy WordPressa.

      Jak na mój gościu jest swoistą legendą. Jest znany (głównie z tego, że jest tak naprawdę nieznany) i wiele osób wie o jego istnieniu w kontekście CD-Action nawet jak samego pisma nie czytają.

      Nienawidzę swojej twarzy. To podstawowy problem. Dlatego wolę zostać przy grafomanii. Ale obiecuje, że przemyślę sprawę i jak pokonam niechęć do własnej fizjonomii to zacznę i dam Tobie znać w pierwszej kolejności 🙂

      1. Co do YouTube to na początek możesz założyć wiadro na głowę i po problemie 🙂 Wydaje mi się, że przekaz audiowizualny byłby lepszy i mógłbyś powiększyć grono odbiorców.

  4. Ja szczerze mówiąc przestałem traktować media growe poważnie już daaawno temu, chyba jeszcze za czasów premiery Obliviona – czasopismo (bodajże Click świeżo przejęty przez niemiecki koncern) po nasmarowanej do granic możliwości recenzji zamieściło w następnym numerze… paczkę DLC do tegoż. Przypadek, teoria spiskowa, tak czy siak recenzje gier jak dla mnie nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością, a same CD Actiony srony zdewaluowały się do pisma z śmiesznymi obrazkami. Z kwejka.

    Nie mówiąc już o wałkach stosowanych radośnie min. przez ubisoft – jest praktyka, że wszyscy recenzenci dostają grę przed premierą w określonym czasie jednocześnie, tak żeby mogli spokojnie zrobić recenzję. W przypadku wydania kilku gier (min. Watch Dogs i Assasins Creed) recenzenci dostawali dostęp do gry… dwanaście godzin przed premierą.

    Po co w dobie blogów, vlogów srogów, let’s playów i tym podobnych cudów pisma growe?

    1. Mnie oskarżano o zbytne uogólnienia, a ja Ciebie muszę niestety oskarżyć o demonizowanie. To jest fizycznie nierealne by każdy twór mediów growych był zły/zepsuty/niedorobiony/opłacony przez twórcę/wynikiem szantażu Illuminati.

      I moim zdaniem media growe są potrzebne. W wydaniu profesjonalnym, gdzie kasa płynąca do nich i nadzór zewnętrzny sprawi, że nie kupi się ich byle jakimiś tam pendrajwami, tylko ciężarówką gotówki. Na członka redakcji. To oczywiście przenośnia, powinienem napisać coś o nie przekupności. Ale to byłoby kłamstwo, bo każdy ma swoją cenę. Chodzi o to, by cena „kupna” recenzji była nieopłacalna.

      Po co? Bo z tymi blogami/vlogami i let’s playami bywa jeszcze gorzej. Niektórzy trzymają poziom. Ale spójrz na premierę The Order 1886: Sony rozesłało promki. Let’s Player nagrywa 15 minut gameplayu, jara się jak pochodnia, po części promką – po części grą i wpływa na swoich widzów.
      Co prawda, jak ktoś jest na tyle tępy by pod wpływem podniecenia jednego człowieka kupić grę za ~240 złotych, to jest sam sobie winien. Ale w tym momencie od studzenia emocji są dziennikarze growi, którym powinno się płacić za RZETELNE recenzje (która by takowego człowieka poinformowała o tym, że ta gra jest „taka sobie”), a nie za laurkę reklamową. Akurat w przypadku tej gry się sprawdzili bardzo dobre.
      Bo w tym przypadku rzeczony let’s play różniłby się od reklamy telewizyjnej tylko tym, że nagrał ją ktoś w własnym zakresie i wrzucił na YT, a nie wyemitował w telewizji.

      Odpowiedziałem wystarczająco na pytanie? 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *