Pixel nie jest martwy. Jest nawet zjadliwy.

W końcu udało mi się doczytać do końca pierwszy numer niedawno wydanego miesięcznika Pixel. Czy bękart po Secret Service daje radę?

Pixel Recenzja
Logo, już wydanego, czasopisma Pixel

Czy na końcu długiej drogi pełnej kłótni, pomyłek i innych nieprzyjemności czeka nas coś wartego uwagi?

Poprawiony layout. Ale nie za darmo.

W trakcie czytania Pixela pierwszy w oczy rzuca się poprawiona typografia i rozkład treści w piśmie. Czytelność tego pisma jest na zupełnie innym poziomie niż w dawnym Secret Service. Jest o tyle dobrze, że forma podania tekstu w końcu nie odstrasza od zapoznania się z treścią pisma.
Mam wrażenie jednak, że na każdy dobry pomysł musi przypadać jeden zły. Nie wiem kto wpadł na pomysł by pismo podzielić na działy, dać im enigmatyczne nazwy i na początku w spisie treści przedstawić jedynie je. Oczywiście potem, na początku każdego działu jest lista artykułów z niego wraz z numerem strony. Ale nie mam ochoty przeglądać czterech spisów treści by dopaść tekst, który mnie interesuje!

Kątęt. Jaki jest kątęt?

Czytając teksty umieszczone w najnowszym numerze Pixela przez cały czas towarzyszyło mi wrażenie, że gdzieś już to widziałem.

Podobna sytuacja z bardzo nierównymi tekstami i różnorakim fuszerkami miała już miejsce w poprzednich dwóch numerach śp. (po raz kolejny) Secret Service.

Z jednej strony mamy bardzo przyjemny tekst na temat Dying Light. Bardzo fajny (świetnie nadający się na ciekawostkę) tekst poświęcony remake’owi (z braku lepszej nazwy) ZX Spectrum.
Z drugiej strony mamy przereklamowany wywiad z sir Clivem Sinclairem (jakby co informuje, że to jest poprawa odmiana imienia, w piśmie zrobili błąd), twórcą ZX Spectrum. Dzięki niemu mam ochotę napisać wpis „10 najbardziej oklepanych pytań zadawanych w wywiadach”. W tym konkretnym tekście padają trzy takowe. To już dobry start.
Dalsza część pisma podobnie – ma wzloty, upadki, nieścisłości, błędy warsztatowe i inne niedoróbki. Przed tekstem wspominkowym poświęconym osobie Ralpha Beara, „jednemu z ojców gier wideo”, widzimy wstęp „w życiorysie tego człowieka jest jakaś prawda o całej branży gier”. Po lekturze całego artykułu zastanawiam się na co patetyczny wstęp pozbawiony odniesienia do treści tekstu. Ktoś wpadł na pomysł, że sensownie jest przedstawić rozmówcę z wywiadu w środku tekstu. Jeszcze ktoś doszedł do wniosku, że recenzowanie gry w stadium pre-alfa ma sens. Na dobrą sprawę ma, jeżeli się potem chce jeszcze 4 teksty o tej grze napisać.

Nie zagłebiając się w treść poszczególnych tekstów – dużo pisania o retrogamingu. Dużo wspominania „starych dobrych czasów” i tekstów wspominkowych. Reszta tekstów? Retro, PRL (czyli retro), Commodore 64 (jeszcze większe retro), paragrafówki (raczej retro), symulowanie grawitacji (offtop), emocjonalny felieton Oli Cwaliny o tym czemu gra (fajnie napisany, ale sprawiający wrażenie zapchajdziury). Potem mamy jeszcze tekst o rail-shooterach (gatunku, który u nas umarł wraz z salonami gier), paplanina o Doomie i jeszcze kilka innych tekstów.

Pixel felieton obrazkowyZ tego wszystkiego najbardziej mnie rozczulił felieton obrazkowy Śledzia, czyli „nowy gatunek literacki, który inni będą naśladować”. Powiem krótko: Oatmeal pozdrawiaBiorąc pod uwagę głębię przekazu tego felietonu, to Klara z CD-Action też pozdrawia.

Ostatecznie jednak, czytając pierwszy numer miesięcznika Pixel jestem kompletnie obojętnie nastawiony do tego pisma. Nie widzę powodu do radości, smutku, śmiechu ani innych.

 

To jaki jest ten Pixel?

Przeciętny. W przyszłości raczej go nie kupię ani nie zaprenumeruje. Chyba, że w przypływie desperacji przed jazdą pociągiem (musiałby mi się 2DS i tablet rozładować) lub inną mało przyjemną rzeczą, do której koniecznie potrzeba czegoś do odwrócenia uwagi.[divider type=”thick”]

A na koniec dobra rada – nie kupujcie wydania elektronicznego pisma. Nie wiem jak na Androidzie i iOS, ale w przeglądarce internetowej „czytnik” pisma jest fatalny. Ram pożera jak smok owce, nie ma łatwego dostępu do spisu treści, i wylogowuje użytkownika po kilku minutach… Panie, bieda straszna! Jak już nie chcecie dawać PDFów, to chociaż zorganizujcie porządne zastępstwo.

No dobra, ale skoro już przeczytaliście ten tekst, to pewnie chcecie wiedzieć, czy warto kupić to pismo. Moim zdaniem? Nie.
I biorąc pod uwagę zmiany jakie zachodziły między pierwszymi numerami „zrespawnowanego” Secret Service, a pierwszym numerem Pixela, to wątpię by to miało się zmienić.
Szybkiego upadku temu pismu jednak nie wróżę. Ot, nie jestem w grupie docelowej. Jestem za młody i zbyt małą uwagę przykładam do historii gier.

Autor: Jasiek a.k.a Yeti

Bloger-amator, kiedyś student dziennikarstwa. Teraz sprzedawca giereczek i klocków Lego czekający ciągle na wenę i czas by coś napisać.

Dodaj komentarz

6 komentarzy do "Pixel nie jest martwy. Jest nawet zjadliwy."

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
copanokidupablada
Gość

„ZX Spectrum dzięki któremu ochotę napisać wpis” czegoś mi tu brakuje w tym zdaniu.

Co do Pixel w PDF to i tak każdy może sobie porobić screeny, wrzucić do pdf i wstawić na warezy…

Chłopie znów namieszałeś w sposobie dodawania komentarzy ;d

borysses
Gość

Clive’m – WUT? Poprawnie jest Clivem.

czarek
Gość

Ziomuś, ty sam pisać nie umiesz, a „komęcisz” i pouczasz jak łosie pikselowe mają pisać…

„czytając pierwszy numer miesięcznika Pixel jest kompletnie obojętnie nastawiony do tego pisma.”

????

Ogarnij się.

wpDiscuz