Muszę pozwolić myślom się odrobinę odsunąć od moich bieżących problemów, więc zamiast tego skierowałem moje myśli ku aktualnemu głośnemu nagłówkowi z giereczkowa.

Ile jest prawdy w tym, że „tylko 7 gier sprzedało ponad sto tysięcy sztuk w trakcie tego roku”? Co to właściwie oznacza? Oraz co najważniejsze – czemu mielibyśmy się tym przejmować?
O co dokładnie chodzi?
Coraz więcej mediów growych zaczyna pisać o tym, jak to niewiele gier wydanych w wersji fizycznej na PlayStation staje się hitami sprzedażowymi. Przykładowo zrobił to IGN:

Oczywiście podniosło to raban i wywołało wiele głosów o tym, że:
- nie ma sensu tworzyć wersji pudełkowych gier, bo się nie sprzedają
- podane dane to manipulacja pod tezę
- źródło jest „z dupy”
Dlatego, pod wpływem rozmowy z Arturem Janczakiem na X,v zacząłem grzebać, szukać, czytać i myśleć. Efekty? Względnie kompletny obraz sytuacji, który wam przedstawię poniżej, nagłówek po nagłówku.
Zródło pierwotne – kim są Mat Piscatella i Circana?
Wszystkie artykuły, jakie zobaczycie na ten temat powołują się na tę jedną wiadomość na Bluesky:
Circana to firma analityczna. Zajmuje się dostarczaniem informacji o sprzedaży produktów, prognozowaniem przyszłej sprzedaży czy też przewidywaniem trendów.
Retail Tracking Service to jedna z ich usług. Co ona robi, mówi sama nazwa – śledzi sprzedaż detaliczną. Z opisów znajdujących się w internecie wynika, że robią to przez gromadzenie informacji bezpośrednio od współpracujących z nimi sklepów i sieci handlowych.
Sam Mat Piscatella jest zaś dyrektorem działu zajmującego się analizą sprzedaży gier wideo. Dla niego więc ta publikacja to bardziej marketing usług jego pracodawcy wykorzystujący emocje wokół decyzji Sony niż cokolwiek innego. Skorzystał z okazji, by wypowiedzieć się w temacie, który jest na ustach wszystkich – i pomogło.
Teraz on i nazwa jego pracodawcy są podawani jako źródło w setkach publikacji prasowych. Marketingowo? Majstersztyk.
Patrząc na to z szerokiej perspektywy? Nie są to ludzie rzucający danymi z czapy. Nie mają też raczej powodów, by kłamać – kiedy twoją pracą jest dostarczanie rzetelnych danych, to zmyślanie danych nie jest opłacalne1.
Jakie są problemy z danymi od Circany?
Nawet przy założeniu, że dane są poprawne, to nie oznacza to tego, że są przydatne. Ludzie, którzy na ich podstawie mówią o śmierci nośników fizycznych i braku zainteresowanych nie zauważają różnorakich problemów z liczbami dostarczonymi przez tę firmę.
Największy? To, że dane te dotyczą tylko Stanów Zjednoczonych. Próby wyciągania wniosków dotyczących całego świata na ich podstawie są całkowicie bezsensowne. Różnice kulturowe, w dochodach i innych aspektach są zwyczajnie zbyt wielkie by dane z USA mogły stanowić nawet punkt odniesienia dla Europy.

Innym, bardzo istotnym problemem jest zakres danych – otrzymaliśmy wynik „year-to-date”. W tłumaczeniu z analityczno-korporacyjnego na ludzki oznacza to tyle, że to jest sprzedaż z okresu od 1. stycznia do 11. lipca tego roku. Tworzy to poważny problem – nie bierze on bowiem pod uwagę ostatnich trzech miesięcy roku, które są najważniejszym okresem sprzedażowym dla niemalże każdej branży. Black Friday i sezon świąteczny to dla sklepów każdego typu okres żniw. W niektórych branżach jest nawet tak, że te dwa-trzy miesiące wynagradzają lichą resztę roku.
Branża gamingowa prawie na pewno jest tak sezonowa. Dlatego podejrzewam, że pominięcie czwartego kwartału roku to błąd merytoryczny lub manipulacja mająca na celu namalowanie obrazu nędzy i rozpaczy w sprzedaży gier pudełkowych.
Widzę tutaj też pewien dość głupi problem. „7 gier sprzedało ponad sto tysięcy sztuk w tym roku, licząc do dziś”. No dobrze. Ale co, jeżeli każda z tych gier sprzedała się w milionie egzemplarzy? To by oznaczało, że popyt na pudełkowe gry jest, tylko nie ma zbytnio czego kupować. Nie mam też jakiegoś porównania z danymi historycznymi. Ogólnie mówiąc? Oszczędzono nam jakiegokolwiek kontekstu, który pozwoliłby nam, szerokiej publice, ocenić, czy sytuacja gier pudełkowych jest tragiczna, czy po prostu niezadowalająca dla udziałowców i innych darmozjadów.
Czy nas to powinno obchodzić?
Tutaj pozwolę sobie na rzadką dosadność i bezpośredność.
Gówno. Powinno nas to gówno obchodzić.
We wspomnianym przeze mnie na początku artykule IGN znajduje się piękny cytat. W wolnym tłumaczeniu brzmi on: „ogłoszenie przez PlayStation braku dostępności gier na płytach to triumf korporacyjnej wygody nad daniem konsumentom wyboru”.
No to fajnie, PlayStation chce mieć mniej zabawy z dystrybucją, większy udział w zyskach z sprzedaży i mniejsze koszty.
Rozumiem – jakbym miał firmę, to też bym chciał mieć mniejsze koszty i większy utarg na każdej sprzedanej sztuce. Ale ja nie jestem właścicielem ani inwestorem Sony. Jestem ich (potencjalnym2) klientem.
Ale gracze nie chcą mieć akcji Sony – chcą mieć ich gry. Na płytach. By pożyczyć kumplowi. Odsprzedać i kupić nową. By trzymać na półce, by zbierała kurz i spojrzenia zazdrośników gdy ją zobaczą.
Każde inne medium rozrywkowe dalej jest dostępne, w mniejszym bądź większym stopniu, na nośnikach fizycznych. Nikt nie myśli o całkowitym odejściu od wydawania płyt z muzyką, filmów na Blu-ray czy całkowitej cyfryzacji komiksów.
Tylko jedno, zdesperowane, by dogodzić inwestorom, Sony. Dokładnie z tego powodu należy po nich jeździć jak po łysej kobyle. By przypomnieli sobie, że, w ostatecznym rozrachunku, bez graczy nie ma PlayStation. A bez PlayStation gracze sobie świetnie poradzą.
- To jest oczywiste jak cholera, ale jedną z popularniejszych teorii spiskowych. ↩︎
- Prawda jest taka, że szanse na moje zainteresowanie sprzętem od Sony jest zerowe, zwłaszcza, że już nawet Square Enix przestało wydawać gry z czasową ekskluzywnością na Xboxa, a ich gry na wyłączność mocno się mijają z moim gustem. ↩︎
Odkryj więcej z Yeti (nie tylko) o grach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
