Tryb kolorów:
Rozmiar tekstu:
Dodatkowe akcje
Kategorie
Gry Noł-Lajf Style

Co jest grane? 2026 – tydzień dwudziesty drugi

Lato przyatakowało. Kiedy pisałem te słowa, szykowałem sobie ubrania na kolejny dzień, w trakcie którego miało być 28 stopni.

Jak to powiada mag ze starej gry Majesty: Symulator Królestwa Fantasy: „ROZPUSZCZAM SIĘĘĘĘĘĘĘĘĘ”

A gdy się nie rozpuszczam, to gram, głodzę się albo staram się nie załamać xD

Honkai: Star Rail

Przez tę grę poczułem się trochę jak gówniarz. Bo wróciłem do tej gry najpierw pod wpływem teledysku z Hatsune Miku, o którym pisałem w osobnym wpisie.

A teraz? Kontynuacją crossoveru z Fate/Unlimited Blade Works. A konkretnie to nową postacią. A jeszcze konkretniej, to Rin Tohsaką:

Chcę mieć Rin w drużynie. Już nawet nie jako fan uniwersum Fate1, ale też po to by zastąpiła mi nudniejsze postacie w dwóch moich drużynach – opartej na Silver Wolf drużynie MonoQuantum i opartej na TEJ Hercie2 drużynie opartej o postacie AOE. No i poza tym – kolejny mag będzie tam pasował dużo bardziej niż Himeko.

Zainspirowało mnie to tak mocno, że:

  • znów zacząłem robić codzienne zadania
  • sprawdziłem, czy nie ma jakichś kodów na darmową walutę premium. Niestety nie było 🙁
  • spiąłem się i przeszedłem 9 etapów trybu Forgotten Hall. Po co? By zdobyć więcej waluty.
  • to samo z trybem Currency Wars

Oprócz tego, rzutem na taśmę, ukończyłem minigrę „rocznicową”. Z okazji trzecich urodzin Honkai Star Rail dodało tryb, który jest grą idl, którą ogrywamy w ramach nadawanego na całą galaktykę streamu:

Gra, w której gramy w to, że stremujemy grę w którą gramy. Incepcja wjechała na pełnej.

Ale kiedy zacznę przechodzić dalej główny wątek? Cholera wie XDDD

Jest jednak malutki postęp – przeszedłem jeden z (zbyt wielu) wątków pobocznych. Uratowałem planetę przed zamienieniem wszystkich w małpki. Jak? Za pomocą, między innymi, epickiej imprezy:

Ta gra jest chwilami kompletnie szalona i niepoważna. I za to ją lubię.

Monster Hunter Now

W tym tygodniu do Monster Huntera podchodziłem stricte profesjonalnie.

Jest potwór na drodze? To ja robię, by go nie było – i tyle.
Żadnej wybredności, celowości ani innych tego typu. Ot, wrzucanie potworowych materiałów do plecaka. Są z tego pewne zalety: rozwija się moja kolekcja broni do użycia w trakcie najbliższego Base Defense:

Dodatkowo, „poza konkursem”, rozwijam trującą Insect Glaive zrobioną z Pukei-Pukei:

Oprócz tego, w miniony weekend, był Monster Outbreak. Tym razem do bicia były dwa potwory: Riftborne Glavenus i Viper Tobi-Kadachi. Jak poszło? Całkiem dobrze:

Pomogło to, że zgadaliśmy się na to, by dużo osób wzięło paraliżujące bronie. Dużo łatwiej się bije potwory, które stoją w miejscu i nie mają durnych pomysłów pokroju bicia ogonem czy plucia trucizną.

No i oprócz tego, dzięki temu Outbreakowi, udało mi się zrobić konkretne postępy w zadaniach. Tak konkretne, że zostały mi tylko dwa do zrobienia:

Kolejny udany tydzień polowań za mną 😀

Deadhaus Sonata

Przy czym ja się zastanawiam, czy nie pożałują tego, że dali mi ten klucz po tym, co teraz napiszę.

Bo tak: za grę odpowiada Denis Dyack. Człowiek, bez którego nie byłoby serii Legacy of Kain3 i który odpowiada w znacznym stopniu za grę Blood Omen: Legacy of Kain. I to widać po grze – koncept świata przedstawionego, jaki zobaczyłem w Deadhaus Sonacie kupił mnie od pierwszych chwil. Świat u progu upadku, ledwo utrzymująca się przy życiu ludzkość i świat pełen potworów takich jak, chociażby, wampiry? Jestem na tak.

Problemem jest to, że gra pod innymi względami nie jest early access.

Turbo prosty system walki, animacje z drewna i dopracowanie techniczne, którego w sumie nie ma. Wrzucę wam gameplay poniżej, byście zobaczyli na własne oczy jak to wygląda:

I jest to dokładnie to, czego się można było spodziewać po Steam Early Access, gdy Valve dodało tę możliwość do platformy. Czyli jakieś 12 lat temu. Dziś (niestety?) na Early Access trafiają głównie gry, które są na o wiele późniejszym etapie produkcji.

Przez to wiele osób próbujących grać w Deadhaus Sonata błyskawicznie się od niej odbije.

Ja natomiast? Będę miał ją zainstalowaną i sprawdzał ją w miarę regularnie. Jestem cierpliwy, a z tej gry może wyjść coś przyzwoitego. O ile nie trafi na śmietnik gdzieś po drodze.

Persona 5: The Phantom X

W to pograłem tylko chwilkę, by pokończyć to, co oferuje crossover z Personą 3 Reload. Udało mi się dokonać najważniejszego, czyli zobaczyć wszystkie historie poboczne między protagonistą Persony 5 X a Makoto:

Teraz mogę z czystym sumieniem czekać na kolejny etap crossoveru, albo nowy rozdział fabuły <3

Pokemon GO

Tutaj też podobnie – plan minimum, bez ambicji. Ale nawet ten plan minimum przyniósł mi jakieś efekty. Po pierwsze – złapałem eventowego Laprasa z ozdóbką na głowie:

Mógłby być fajniejszy, ale jest <3

Oprócz tego poczyniłem jakieś postępy w zdobywaniu 74. poziomu:

Powolutku idę do przodu <3

Soulframe

W tę grę pograłem dosłownie chwilę, bo nie miałem weny.

Serio, robiłem to samo, co robiłem wcześniej godzinami albo wręcz dniami i nie pykło mi. Dlatego zrobiłem kilka zadań, uwolniłem kilka zwierzątek i poszedłem dalej w swoją stronę, ku kolejnej grze.

Jako, że moja „comfort gierka” nie chciała mi przynieść komfortu w minionym tygodniu, to udałem się na poszukiwania do mojej biblioteki Steam.

Fate/Samurai Remnant

Nie pamiętam, kiedy kupiłem tę grę. Ale zobaczyłem ją w bibliotece i pomyślałem:

  • gra z uniwersum Fate (a jak w Honkai: Star Rail będę się czaił na Rin z Fate/Unlimited Blade Works)
  • zrobiona przez Koei Tecmo (które4 stworzyło mój ukochany gatunek gry)
  • opisywana na Steam jako gra Action RPG

Brzmiało jak coś, na co miałem ochotę. Więc zacząłem grać. No i siadło:

Trochę jRPG, trochę Musou, bardzo mocno zabarwiona uniwersum Fate. Do tego gra ma ładną „animu” grafikę, na którą mogę patrzeć dłuższą chwilę i nie mieć jej dosyć.

Oprócz tego chodzę po mieście i głaszczę kotki. Pieski też:

Czego więcej miałbym chcieć?


Inne tematy

Muszę przestać pisać, że problemy „prywatne” mi się uspokoiły. Bo za każdym razem potem dostaję informację od życia o prostej treści – „OTÓŻ NIE”. Jak coś mogło się popsuć, to się popsuło.
Niech życie da mi trochę spokoju z łaski swojej.

Oprócz tego? Czeka mnie miesiąc pracy zdalnej – przenoszą mnie do nowego biura. Normalny człowiek by się cieszył, ale u mnie to raczej oznacza całkowite zaburzenie balansu między życiem prywatnym a pracą. Jeżeli w kolejnych wpisach będzie jeszcze mniej grania i żarcia, to będziecie wiedzieć, kto, czy też raczej co, jest za to odpowiedzialne.

Ciekawi mnie, czy uda mi się to połączyć jakoś z moją próbą ogarnięcia mojej wagi. Niedawno moja luba zwróciła uwagę, że trochę mnie przybyło.
Wszedłem więc na wagę, z ciekawości. Myśląc, że nie jest źle. Zobaczyłem na niej 103 kg. Powiedziałem „o kurwa”.
Od tego momentu wróciłem do liczenia kalorii i pilnowania się. W chwili gdy piszę te słowa jestem od trzech dni na pilnie przestrzeganym deficycie kalorycznym i, mówiąc kolokwialnie, pojebie mnie -_-

W sumie to tyle – miałem dość ciężki tydzień, więc podejrzewam, że jeżeli coś w tym segmencie wpisu miałem napisać, to zdążyłem o tym zapomnieć.

Kącik gastronomiczny

Znów było ciekawie, więc gotowanie zeszło na dalszy plan. Tak naprawdę mam tylko dwie ciekawostki, którymi jest sens się dzielić.

Pierwszą było to, że w wyniku Serii Niefortunnych Zdarzeń dorobiliśmy się wędlin i serów, którym zbliżały się terminy ważności. Kupiłem więc tortille, napakowałem tymi rzeczami, pociąłem i dałem do zapieczenia:

Jak potem wyglądała porcja? Tak:

Czy było dobre? Było. Był to też jedyny zrobiony samemu obiad w minionym tygodniu, więc musiał dużo dźwigać na sobie w kontekście mojego zadowolenia z życia.

Oprócz tego dwa razy zrobiłem sobie fajniejsze śniadanie.

Pierwsze? Tortilla5 ze szpinakiem, pomidorem, szynką i jajkiem sadzonym:

Drugie? Bardzo proste: jogurt, trochę mleka, odżywka białkowa i nasiona chia. Normalnie bym się nie chwalił, ale dodałem do tego niebieski barwnik spożywczy i całość wyglądała dość śmiesznie:

Tak właściwie to tego wam będę życzył na koniec. By było śmiesznie – częściej niż rzadziej 🙂

Do przeczytania następnym razem!

  1. Nie napiszę Nasuverse, bo, po pierwsze, ujawnię się jako przesadny otaku. Po drugie, i chyba po gorsze, mniej osób zrozumie o co mi chodzi ↩︎
  2. Postać nazywa się „The Herta” po angielsku. Jak ktoś ma lepsze pomysły jak to przetłumaczyć, to zapraszam – ja nie mam xD ↩︎
  3. Po raz pierwszy w życiu wczytałem się w historię tej serii „na poważnie” i powiem wam, że ta historia jest turbowciągająca. Może kiedyś napiszę o tym. ↩︎
  4. Dokładnie to odpowiada za to Omega Force, ale są oni częścią Koei Tecmo i pojawiają się chmary logosów przy każdym odpaleniu gry, więc swój wkład w to mają. ↩︎
  5. Wiem, jestem nudny. Ale do tortilli da się napakować więcej zielska i warzyw niż do bułki, więc niestety tak jest lepiej dla mnie teraz 🙁 ↩︎

Odkryj więcej z Yeti (nie tylko) o grach

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *