Przygody Ziębisława, czyli jak dorobiliśmy się ptasiego lokatora?

Zaczęło się od zwyczajnego powrotu do domu. Skończyło się na barykadowaniu sypialni. Wszystko z powodu jednej małej, biednej zięby.

Ziębisław, ranna ziębaOchrzczonej Ziębisław. Bo nawet tymczasowy lokator musi mieć imię. Pragnę się w wami podzielić jego i naszą historią.

Piątek, piąteczek, ziębunio.

To był w miarę normalny piątek. Wracamy sobie z moją kochaną Anią razem na spokojnie do domu, gdy nagle przed naszymi oczami pojawia się ON. Zięba, totalnie oszołomiona, na środku jezdni. Na początku gapiliśmy się jak para kompletnie nierozgarniętych ludzi i myśleliśmy co zrobić. Potem przejechał jeden samochód. Po chwili następny.

Po tym jak się uspokoiło, a my się ogarnęliśmy i zobaczyliśmy, że ptak żyje, to Ania weszła po niego na jezdnię (ja się bałem, że mi ucieknie albo go przypadkiem zmiażdżę). Decyzja była oczywista – bierzemy go na przechowanie, dowiemy się co i jak, a reszta wyjdzie w praniu.

Po drodze udało nam się zgarnąć pudełko, w którym mogliśmy trzymać ptaszynę w drodze do domu. Po drodze też zahaczyliśmy o weterynarza znajdującego się cztery minuty od nas. Niestety, lekarzy tam nie było – w środku była tylko pani sprzątająca gabinet po godzinach. Zadzwoniła jednak do weterynarza i pomogła nam uzyskać namiar na fundację, która mogła nam pomóc z naszym nowym lokatorem.

Dzika Ostoja to organizacja na rzecz zwierząt mająca swoją siedzibę w Wielgowie (miejscowość pod Szczecinem). Wszyscy zapytani na szybko sobie ich chwalili, to się skontaktowaliśmy.
Po dwóch rozmowach telefonicznych, serii MMSów i kilku SMSach wiedzieliśmy z Anią już wszystko – to zięba, karmić możemy ziarnami dla ptaków i mącznikami i skoro wszystko zdaje się być w porządku, to jutro możemy ją wypuścić.
Urządziliśmy mu więc prowizoryczne legowisko składające się z pudełka z pokrywą. A że nie spieszyło mu się do latania, to stykło.
Niestety, okazało się, że prowizorka będzie musiała posłużyć trochę dłużej.

Ziębisław posiłek, omnomnom, zięba
Omnomnomnom, ROBACTWO <3

Następnego dnia mieliśmy nasiadówkę. Ot, kilku znajomych, trochę piwa, trochę planszówek, dużo gadania. No i przypadkiem nasz nowy lokator stał się obiektem zainteresowania znajomej zaproszonej na spęd. No i dzięki temu, że na ziębę spojrzał ktoś inny, doszliśmy do wniosku, że jednak nie jest z nim wszystko w porządku – unikał jak ognia ruszania skrzydłem. I tym samym nagle wszystko się skomplikowało.

Miła pani weterynarz, rekonwalescencja i „I’m with Zięba”

Niedzielę zaczęliśmy od porannej wizyty u weterynarza. Mieliśmy prawdopodobnie więcej szczęścia niż rozumu. Otóż:

Po odczekaniu ponad godziny (tłumy ludzi przyszły z zwierzakami, jak to w dzień wolny) udało nam się dostać do pani doktor. Obejrzała, ostukała, osłuchała ptaszynę i stwierdziła „problem z stawem, raczej nie nadający się na operację”. Dostaliśmy instrukcje – „Podawajcie wapno i witaminy, to powinno się zrosnąć i za 3-4 tygodnie przekonamy się co z tego wyjdzie.”

No to wróciliśmy, zmontowaliśmy Ziębisławowi mniej prowizorycznej legowisko składające się z kociego transportera, kupionego poidełka, miseczki z ziarnami i… tyle.

Jama Ziębisława 2.0 - czyli jakie kocie legowisko stało się ziębowym gniazdem.
Jama Ziębisława 2.0 – czyli jakie kocie legowisko stało się ziębowym gniazdem.

Działamy, czekamy i mamy nadzieję na pozytywny efekt.

Żartowałem, głównie moja lepsza połowa się ptakiem zajmuje. Ja nie mam ręki do zwierząt. Zresztą, a propo rąk – Ziębisław jest tak mały, że zajmuje mi 1/3 ręki. Miałem go na ręce raz i przez cały czas się bałem, że przypadkiem go zgniotę albo jakoś inaczej zrobię mu krzywdę. Nie, nie, nie, nie, nie. Mógłbym się opiekować bocianem, któremu przypadkiem bym krzywdy raczej nie zrobił. Ale ziębą? Nie.

Zresztą, raz przypadkiem bym się przyczynił do jego śmierci.
Ziębisław ma swoje legowisko w sypialni. Rano, wychodząc do pracy zamykamy drzwi za sobą, by miał tam spokój i nasze trzy kochane kotki nie zjadły trochę surowego, jeszcze żywego mięsa.
Pewnego dnia, jeszcze pod wpływem porannego nieogarnięcia, nie zamknąłem drzwi. Dropsik (więcej o tej paskudzie tutaj) dostał się do środka i zobaczył ptaszynę. Na tym koniec, bo go stamtąd zabraliśmy.

Od tamtego dnia mamy jednak zupełnie inny problem – jak tylko się zamykamy w sypialni, to Drops zaczyna wyć. Miauczeniem tego nie nazwę. Jak myślicie – tęskni za nami, czy ma ochotę na przekąskę przed snem?

Czas na wolność (?)

Od pamiętnego piątku minął prawie miesiąc. Po kilku próbnych lotach po sypialni doszliśmy do wniosku, że czas wypuścić Ziębisława na wolność.

Spakowaliśmy go w zgrabny kartonik, który ostatnio użyliśmy do transportowania go do pani weterynarz. Poszliśmy w głąb parku Żeromskiego by w końcu go wypuścić, przywrócić mu spokój, a kotom możliwość robienia za dodatkową poduszkę w łóżku.

No i to jest ten moment kiedy misterny plan poszedł w diabły – okazało się, że poprawa Ziębisława była najwyraźniej chwilowa. Nawet nie próbował latać, zwyczajnie skakał sobie po trawie. Po chwili zastanowienia podjęliśmy decyzję – daliśmy ciała, ale nie zostawimy go na pastwę psów/kotów/małych dzieci*/innych zwierząt pojawiających się w parku.

Po 20 minutach polowania (drań nie chciał dać się złapać) zapakowaliśmy go znów do pudełka i wróciliśmy do domu. Po drodze musieliśmy dokupić karmę dla ptaków, bo to co nam się ostało rozrzuciliśmy w drodze do parku. W domu by się zmarnowała, gdyby wszystko poszło zgodnie z planem.
* – małe dzieci, często niewychowane w żaden sposób i puszczone samopas po parku Żeromskiego można spokojnie zaliczyć do miejscowej fauny.

Smutny happy end

Poddaliśmy się – z trzema kotami pod dachem nie mieliśmy warunków, by dać Ziębisławowi dom i pomoc na którą zasługuje. Inną sprawą jest to, że nie wiedzieliśmy czy, a jeżeli tak, to jak mu pomóc.

Ostatecznie zwróciliśmy się do Dzikiej Ostoi. Zgodzili się przyjąć ptaszynę pod swoją opiekę. Po kolejnej serii telefonów i wiadomości na Facebooku ustaliliśmy – w sobotnie popołudnie przyjedziemy do nich do Wielgowa i przekażemy im Ziębisława. Na całe szczęście pomógł nam mój brat – różnica między półgodzinną jazdą samochodem a ponadgodzinną jazdą komunikacją miejską odczuliśmy wszyscy.

W chwili kiedy czytacie te słowa, mamy to już za sobą. Niby dobrze, bo trafił do rąk ludzi, którzy znają się na rzeczy i postawią go do pionu lub umożliwią spokojne przeżycie.

Pomyślałem, że opiszę wam tę historię – może ktoś weźmie przykład i okaże trochę dobroci serca małemu zwierzakowi?

Zięba Ziębisła
Ziębik 😀

Specjalnie oszczędziłem wam szczegółów odnośnie opieki – bo jeżeli wpadniecie na pomysł by pomóc jakiemuś zwierzakowi, to powinniście w pierwszej kolejności spróbować dopaść jakiegoś weterynarza, a nie pytać wujka Google. Rozumiem, że tak łatwiej. Ale akurat w tym przypadku brzytwa Ockhama (w potocznym rozumieniu) może być zgubna.

Nie wiem, jak powinienem ten wpis zakończyć. Na pewno życzę Ziębisławowi szybkiego powrotu do zdrowia, Dzikiej Ostoi dalszego działania, a wam empatii wobec zwierzaków. I na tym w sumie skończę – wszelkiego rodzaju wnioski i puenty sami wynajdziecie, takie jakie są wam potrzebne. Wierzę w was!

Autor: Jasiek a.k.a Yeti

Bloger-amator, kiedyś student dziennikarstwa. Teraz sprzedawca giereczek i klocków Lego czekający ciągle na wenę i czas by coś napisać.

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz