Wiecie, że ten tekst miał powstać dobre trzy tygodnie temu? Wszystko dlatego, że nie udawało mi się stworzyć jednej opinii odnośnie tego serialu.

Postanowiłem się poddać i po prostu podać obie: tą wypowiedzianą przez typa, który oddał swoją duszę serii Yakuza/Like A Dragon i tą autorstwa typa, który zniszczony po pracy w korpo po prostu chciał się odprężyć.
Jeżeli jesteś fanem Yakuzy, silnie przywiązanym do historii jaką opowiada i do postaci jakie tam są, to kliknij tutaj. Najpierw napiszę dla „normalnych” widzów, a Kyoudai mają swoją część na końcu.
Część dla fanów Yakuzy zawiera spoilery, które są konieczne by opisać skalę "zbrodni". Dlatego jest na osobnej stronie.
„Gdy dorosnę, zostanę Yakuzą”
Serial opowiada o historii Kiryu Kazamy, wychowanka sierocińca, który pod wpływem oglądanych przez niego nielegalnych walk wymarzył sobie zostanie Yakuzą i „Smokiem Dojimy” – legendarnym niepokonanym pięściarzem, takim jak jego idol z dzieciństwa.
W wyniku błędu, „pociągnął” on ze sobą swoich przyjaciół z sierocińca – jego przyjaciel dołączył do gangu wraz z nim, a jego dwie przyjaciółki znalazły pracę w klubie z hostessami będącym własnością Yakuzy.

Już tutaj pojawia się pewien problem – dla wielu osób motywacja podana w serialu może być trudna do przełknięcia. Tyczy się zwłaszcza tych z was, którzy nie oglądali wcześniej kina, czy animacji z Azji. W zachodniej kinematografii zwykle starają się dawać jakieś bardziej „racjonalne” motywacje.
Szczęśliwie, gdy się przymknie oko na dyskusyjne pobudki głównego bohatera, to dalsza część historii jest już lepsza i powoduje mniej intensywne podnoszenie brwi z zdziwienia. Ogląda się go jak dobry serial kryminalny, z odpowiednią ilością akcji, intryg, rozterek osobistych i dramatów. Wszystko oczywiście przy zachowaniu dość „brudnego” klimatu głównie niskopoziomowej gangsterki.
Nocne życie Japonii
Jedna rzecz jaką trzeba przyznać temu serialowi, to fakt, że widoki są przepiękne. To co i jak pokazują kamery w tym serialu zostaje w pamięci i nie chce z niej wyjść. Jeżeli lubicie oglądać zdjęcia z japońskich miast rozświetlonych nocą, to znajdziecie tutaj takich widoków co nie miara. Często z dodatkiem jakichś obitych twarzy.

Oprócz tego, Like A Dragon: Yakuza pokazuje siłę japońskiej zorganizowanej przestępczości z czasów kiedy dzieje się serial. Sceny w których widzimy całe tabuny członków Yakuzy budują uczucie respektu wobec tej organizacji.

Powiem nawet tyle – jakby historia nie była dość wciągająca, a gra aktorska dostatecznie przekonywująca, to bym powiedział, że „chociaż widoczki są fajne”
Akcja niczym w serialu Marvela
O ile wcześniej wspominałem, że w tym serialu jest wszystko co jest potrzebne by dobrze się bawić i wczuć się w klimat, tak te wszystkie elementy są bardzo nierównomiernie rozłożone.
Nie wiem czy oglądaliście pierwsze seriale telewizyjne z MCU, te dostępne swego czasu na Netflixie. Tam każdy serial miał taką budowę, ze:
- pierwszy odcinek albo dwa to była czysta akcja i inne elementy wciągające widza
- potem mieliśmy maraton dialogów i szczątkowych okresów ożywienia akcji
- na samym końcu dostawaliśmy wszystko.
Tęskniliście za tym? Ja nieszczególnie.
Czy przeżyłem? Tak.
Czy wolałbym jakąś bardziej „płaską” formułę prowadzenia historii? Tak.
Zzwłaszcza jakby poskutkowało to większą liczbą scen akcji, bo tych było, generalnie, dość mało. Na pewno mniej niż bym się spodziewał po tym serialu jako po adaptacji Yakuzy.
Mój największy problem? Brak jednoznacznego zachwytu
Jak zauważyliście, nie napisałem nawet jednym słowem, że Like A Dragon: Yakuza jest jednoznacznie zajebiste. Bo nie jest.
To kolejny serial o japońskim półświatku, odcinaniu sobie paluszka u dłoni z odwalenie fuszerki, zarabianiu z nielegalnych salonów gier i innych tego typu motywach.
Jeżeli ktoś lubi te klimaty, to ta produkcja zaspokoi jego głód w oczekiwaniu na kolejne arcydzieło gatunku. Pod warunkiem, że ono powstanie, bo skoro już nawet gry Yakuza przestały się tak nazywać i opowiadać o Yakuzie sensu stricte, to podejrzewam, że produkcje firmowe w temacie również stają się mniej popularne.
„Spodobał mi się serial, chcę zagrać – co robić?”
Na koniec siedem zdań dla ludzi, którzy pod wpływem seansu albo samego istnienia serialu chcą spróbować gier.
Tacy ludzie na pewno się znajdą – Like A Dragon: Yakuza nie jest serialem wybitnym, ale da się go obejrzeć i się przy nim dobrze bawić.
Jednakże „ton” tej produkcji jest znacznie mroczniejszy od gier. Jasne, Kiryu z gier również przechodzi przez różne traumatyczne sytuacje życiowe. Jest to jednak tylko niewielki wycinek tego co go spotyka i niewielka cześć gry jako całości.
Ja zawsze i każdego zachęcam do grania w Yakuzę. Ale błagam, nie myślcie, że gry są poważnymi przez 120% czasu opowieściami o gangsterach i rozsterkach emocjonalnych.
Są dużo ciekawsze!
Odkryj więcej z Yeti (nie tylko) o grach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
