Żabschwitz – historia prawdziwa o pracy w Żabce (bądź Fresh Markecie – jeden pies)

Czyli prawdziwa historia o tym, co się dzieje w mojej głowie. I po drugiej stronie kasy.

Wiecie co jest najgorsze w pracowaniu z kimś, kto czyta twoje wypociny? Że prędzej, czy później zasugeruje on jakiś temat i za żadne skarby od niego nie uciekniesz. Stąd też wpis o Żabschwitz. Innego określenia już nie słyszę.

Fresh Market Żabschwitz Żabka Papierosy
#Heheszki

W chwili kiedy zaczynam pisać ten wpis jest 5:14 i jadę do pracy. Ziewam i przeciągam się co chwila. Taki urok. Nie wyspałem się kompletnie i mam problem z uporządkowaniem myśli. W chwili kiedy go kończę mijają dwa tygodnie od napisania pierwszych jego słów i mówię o sobie „były pracownik Żabolandii”. Jestem zmęczony, przegrzany upałami  i opity energetykami.
Ale to nawet dobrze – taki stan idealnie pasuje do pisania o Żabschwitz.
Dzięki temu będę w tym wpisie mniej przeklinał. Chyba.

Słowa wstępu

Drogi Michale – wiem, że to czytasz. Mam nadzieję, że będziesz zadowolony i że o taki wpis Tobie właśnie chodziło.
Drodzy czytelnicy – odpuśccie sobie narzekanie w komentarzach. Mój blog, moje kredki, mój czytelny opis dający do zrozumienia, że nie jest to wpis o grach. A domena? Nic nie znaczy. Dziękuje.
Piszę o tym dlatego, że gry są istotną częścią mojego życia. A praca w Żabce czy, jak to zostało ochrzczone przez kilka osób, Żabschwitz, była jeszcze bardziej istotna. Bo nie dość, że nie pozwalała mi grać w gierki, to jeszcze zabierała mi czas na pisanie.
Pozdrawiam Mariusza, przez którego poznałem określenie Żabschwitz, które na stałe zawitało do mojego języka. Potem, jak już poszło ono dalej, to znajomi nawet nie próbowali określać mojej pracy inaczej. Mimo tego, że nie jest nawet specjalnie ciężka. Jasne, ryje psychikę pierwszorzędnie. Ale bywają gorsze miejsca pracy. Naprawdę.

Po części po to jest ten wpis – by pokazać, że praca w Żabce nie musi być od razu piekłem na Ziemi. Ale nie jest też czymś świetnym. Przez kasę i przez bycie… Żabką. Fresh Marketem. W sumie to jeden pies, szyld się różni tylko. I kilka produktów z promocji.

I z racji braku ciekawszych fotek, wpis będzie zilustrowany losowymi zdjęciami zrobionymi w Fresh Markecie w którym pracowałem.

Szef wszystkich szefów…

Mam na dobrą sprawę wielkie szczęście – trafiłem na porządnego szefa.
Pan Zygmunt ma poczucie humoru, nie jest sztywniakiem i, co najważniejsze, jest uczciwy. Interesuje się tym co się dzieje w sklepie i zajmuje się papierkową częścią prowadzenia tego płonącego burdelu na kółkach. Płaci terminowo, co chyba jest najważniejsze z mojego punktu widzenia.
Jeżeli miałby mieć jakąś istotną wadę, to byłaby to przesadna wiara w ludzkie możliwości.
Na ten moment w moim dawnym miejscu pracy pracują dwie osoby na pełen etat i dwie z doskoku. Oznacza to tyle, że system pracy teraz jest CHORY – ludzie będą pracować po więcej niż 9 godzin, będą mieli samotne zmiany i nikt nie wie co jeszcze.
Albo pojawi się tam więcej osób, albo interes się zawinie. Każdy może zasuwać nadgodziny. Przez jakiś czas. Jakiś.

Szkoda tylko, że Żaba nie jest aż tak dochodowym interesem – naszego szefa raczej nie stać na rzucanie kasą na lewo i prawo. Dlatego potrzebny jest ktoś, kto będzie pracował za 6,5 sztuk złota za godzinę. Bo więcej zwyczajnie trudno jest dać. Samemu też trzeba żyć, co nie?

… i wesoła kompania.

Ale, no cóż… Z szefem tak naprawdę miałem mało do czynienia. Większość czasu spędziłem z resztą sklepowej obsady.
Najwięcej czasu z Asią. Pracowaliśmy razem na porannej zmianie przez 90% czasu. Bardzo ogarnięta dziewczyna, zawsze wiedząca (mniej więcej) co jest do zrobienia.
Dodajmy do tego tendencję do zasypiania do pracy i hardkorowy pracoholizm w stylu „18 godzin? Ale fajnie, będzie większa wypłata *___* „.
No i dzięki Asi zawsze wiem kiedy na TVNie leciał Harry Potter. Nie pozwalała mi również zapomnieć jak się nazywam – potrafiła 20 minut jednym ciągiem podśpiewywać „Piotrek, Piotrek, Piotrek. Piotrek, Piotrek, Piotreeeek”. Aż mnie głowa boli na samo wspomnienie.

Michał. „Pan Kierownik”. 50% powodów dla których ten wpis powstał. Połączenie wredoty, nerdowatości, i walenia headshotów w CS:GO. Wielki fan świata DC. Facet, który, jak wynika z opowieści, wyprowadził sklep na prostą i umożliwił mu zdawanie comiesięcznych kontroli. Naprawdę równy gościu z głową na karku, który w Żabschwitz się pewnie marnuje. Ale jako kierownik sklepu zarabia naprawdę konkretną gotówkę, więc pewnie nie jest mu źle.

Jeszcze był Olek, ale go już nie ma. Poszedł sobie. Szkoda, bo fajny śmieszek z niego był. Nie miałem okazji długo z nim popracować, ale było fajnie.

Tak, to w chwili gdy odchodziłem nikogo więcej nie było na pełen etat. Z doskoku przychodzi Ola, wychowująca śliczną córeczkę i Maja, studentka filologii rosyjskiej. Wcześniej jeszcze wpadał Oskar, który dość luzacko podchodził do sprawy i Gosia, która jest Gosią. Może na tym skończmy temat.

Jeszcze kilka osób przetoczyło się przez Żabschwitz, gdy tam pracowałem. Jednakże nie chcę wspominać o jakiś ćwokach, którzy byli ludzkimi efemerydami. Jakby chociaż uprzedzali szybciej, że sobie pójdą. ALE NIE~~ Hyc i nie ma. Znikli. A my, biedne żuczki, zostawaliśmy na lodzie.

Fresh Market Żabschwitz Żabka Nuda Kula z gumek recepturek
Chciałbym powiedzieć, że nakładałem jedną gumkę recepturkę za każdego wkurzającego klienta. Ale niestety – po prostu miałem chwilę wolnego czasu 😀

Klient nasz cham, prostak i gbur!

To może na początek – znaczna część klientów, która odwiedza sklep na mojej zmianie jest cudowna. Uwielbiam ich.
Uśmiechnięci, wyrozumiali, posiadający poczucie humoru i zdolni do rozmów przekraczających standardowe komendy wydawane automatowi kasującemu stojącemu po drugiej stronie lady. Wielu z nich będę wspomniał naprawdę miło. Podejrzewam, że chociaż kilka osób będę chciał wyciągnąć na piwo (jeżeli wpadnę na nich po „przejściu do cywila”).

Niestety – na trzech sympatycznych klientów i piętnastu podchodzących do zakupów wyłącznie rzeczowo trafi się taka osoba, za którą chce się wyjść ze sklepu, obić porządnie gębę/nauczyć dwudziestu nowych obelg po czym pójść na półgodzinną przerwę. Tacy ludzie są najczęstszą bolączką pracy w Żabschwitz. Można by o nich pisać elaboraty, ale najczęstsze przypadki można bez problemu podzielić na kilka kategorii:

  • klient awanturujący się – „jak to nie pan jak mi wydać z 200 złotych? Przecież nie zrobiłam zakupów za dwadzieścia groszy”. Szkoda, że zrobiła zakupy za 89 groszy o ósmej rano. Zaraz po pierwszej fali klientów – gdy wszyscy biegną jak kot z pęcherzem do pracy, a po drodze wskoczą jedynie po bułę czy inną butelkę wody. Chwilę wcześniej podjechał też dostawca soków jednodniowych – odebrać pieniądze za dostawy z ostatniego tygodnia. W efekcie końcowym w kasetce mam jakoś z 70 złotych. A ta dalej stoi, krzyczy, jęczy, narzeka, bądź grozi sądem za złamanie przepisów prawa handlowego.
    Absolutnym hitem jest klientka, która prawdopodobnie jest chora psychiczna:

    • przychodziła kilka dni z rzędu kupować banknotami stu, bądź dwustuzłotowymi coś za grosze.
    • grozi „naganą w aktach”, „skargą do szefa” i „sprawą w sądzie”
    • gdy mówię jej by poczekała na szefa, bo go zaraz ściągnę ucieka w popłochu.

    Takich ludzi mam na pęczki. Ale tym akurat bliżej do innej kategorii.

  • „UFO” – „A który z tych serów jest prawdziwym serem? Czytałem o tym, niemalże wszystko dziś sprzedawane to tak naprawdę mieszanka oleju rzepakowego, margaryny i mleka”.
    Jak taki się rozgada to zaczynam w desperacji szukać klienta, do którego muszę podejść. Kawałka podłogi do zmycia. Śmieci do wyrzucenia.
    Każdy pretekst by uciec od takiego jest dobry. Inaczej zacznie szerzyć swoje zabawne teorie spiskowe i wykonywać pełnoprawne odwierty w czaszce. Absolutnym mistrzostwem w tej kategorii był klient, który się przyczepił do ciast. Najpierw wyraził zdziwienie, że trzydniowy sernik znajdujący się cały czas w lodówce wygląda świeżo. Potem, gdy inna klientka powiedziała, że ciasta od nas „są tak smaczne, że aż uzależniają”, to zaczął się dopytywać o dosypywane środki chemiczne.

    I'm Out Stewie Żabschwitz
    Byłbym bardzo szczęśliwy, jakby się to tak skończyło.
  • klient niezdecydowany – „Proszę chwilkę poczekać”. Przychodzi człowiek do sklepu, a na liście zakupów… nikt nie wie co. Najgorsze w tym wszystkim bywa jednak to, że rzuca mi taki część swoich zakupów na kasę, po czym idzie polować dalej. Przychodzi, kładzie kolejną rzecz i idzie na drugi koniec sklepu. Przynosi dwa czteropaki piwa, stoi przed kasą, nic nie mówi i SRU, biegnie jeszcze po coś. A tymczasem kolejka się generuje – niby mogę przepuścić kogoś wcześniej. Ale jeżeli jegomość już wróci na stałe, to będzie się pieklił. „Przecież ja byłem pierwszy w kolejce”. A jeżeli wpuszczę kogoś innego do kasy, to co mam zrobić z tabołami, które jegomość naznosił? Wywalić na ziemię? A gdzie położę zakupy aktualnego klienta?
    Inną opcją na niezdecydowanie wyprowadzające z równowagi jest odpowiadanie na pytanie „czy coś jeszcze dla Pana?” przez kilkanaście minut. Nagle się okazuje, że potrzebuje płynu do płukania, serwetek, karmy dla kota, kawałka sernika i 70 plasterków trzech różnych wędlin.
    Czasem się zastanawiam co tacy ludzie mają w głowach. Obstawiam chomiki.
  • klient zszokowany – „Ale jak to nie ma śrubokrętów?”. „Czemu nie przywożą wam „Naszego Dziennika”? „. „Czemu to ciasto nie jest świeże?” (definicja świeżego wg. typowego zszokowanego brzmi „przyjechało 3 godziny przed moim przyjściem”).
    Przychodzi taki, zadaje dużo pytań na które brak dobrej odpowiedzi, popsuje atmosferę, pokręci nosem, nic nie kupi i sobie pójdzie. GRRRRR~~

To niestety nie jest wszystko. Wiele przypadków wymyka się wszelkim próbom kategoryzacji. Dziwni ludzie, którzy patrzą na pustego grilla jak na zbawienie, po czym pytają się czy są jeszcze jakieś hot-dogi dostępne. Osoby wielce zszokowane faktem braku znajomości wszystkich cen w sklepie. Szczególnym uwielbieniem darzę wszystkie osoby przychodzące po dwa (słownie) cienkie plasterki żółtego sera z promocji. Człowiek musi założyć rękawiczki, odpakować żółty ser, przygotować maszynę, dowiedzieć się, że kroi za grubo, by potem zobaczyć, że kasuje za swoją pracę 74 grosze.
Najbardziej jednak bolą mnie ci wszyscy ludzie, którzy z samego rana, przed śniadaniem prawdopodobnie, przychodzą po piwo „Romper”. Kosztuje jedyne 1,99 i cuchnie tak, że można zwymiotować. I na dobrą sprawę mam wyrzuty sumienia po nazwaniu tego czegoś piwem. Idę się napić czegoś porządnego i wracam do pisania.

Co złego to z Poznania.

Nie przeklinałem dotąd, prawda?
To teraz czas nadrobić zaległości – cholera jasna, to jak bardzo ta sieć jest pojebana pod względem wewnętrznych regulacji jest zwyczajnie NIEMOŻLIWE. Przekracza to granice rozumu i godności człowieka. Bije to ludzi w ryje mokrym… mokrą szmatą. Bez kozery.

Jeżeli w trakcie pracy bywało coś, co potrafiło wyprowadzić z równowagi, to prawdopodobnie jest to zasługa wewnętrznych regulacji firmy i jej dziwnych tworów. Ewentualnie jej „pomocy”.

To może na początek opowieść – Żabka pomaga ajentom w uzyskaniu namiarów na dostawców świeżych warzyw, pieczywa i nabiału w okolicy. W przypadku Fresh Marketu, gdzie pracowałem udało im się to licho – dostawca warzyw tak bardzo się stara, że… zobaczcie zresztą zdjęcia.

Fresh Market Żabschwitz Żabka Bob
Ładny zielony bób jest brzydki i skiśnięty.

Za mało? To teraz mój absolutny faworyt – papryki czarnobylskie o niezdecydowanej barwie.

Żabka Żabschwitz Papryka
Palec w zestawie

Fakt, zdjęcie ma trochę dziwne kolory, bo HDR się włączyło, ale widzicie w czym problem – wygląda to dziwnie, więc nie może pójść na sprzedaż: zbyt małe szanse na to, że ktoś zechce kupić paprykę wyglądającą jak coś hodowane pod pewną znaną ukraińską elektrownią jądrową.

Takie problemy zdarzały się ciągle. A to koperek wyglądający jakby ktoś go przywiózł tydzień po wyhodowaniu. A to brokuł, który jeszcze tego samego dnia robił się żółty. A to jasnozielone banany, które potrzebowały kilku dni by wyglądać jak ludzkie. Maile do firmy z zdjęciami i proszenie dostawców o przekazanie soczystego opierdolu wyżej nic nie dają – dalej przyjeżdża syf. W ostatni dzień mojej pracy też.

To jednak mały pikuś w porównaniu do tego jaka patologia intelektualna panuje w wewnętrznych regulacjach tej przeklętego kurwidołka z siedzibą w Poznaniu.
Tak na dobrą sprawę wszystko jest uregulowane. To ile sosu trzeba lać do hot-dogów. To ile z nich ma być gotowych na grillu. Ile mają się wcześniej kręcić. Jak mają być piwa ustawione w lodówkach…
O, to jest ciekawy motyw – przykład na nieżyciowość poleceń – nakazy z Żabki potrafią nakazać, przykładowo, wsadzanie do lodówki 18 piw. Będących w promocji „Kup 3 za 5 złotych”. Przyjmując, że chcemy mieć te piwa cały czas w lodówce, to należałoby je dokładać jakoś z 40 razy dziennie. Szczytem ideału byłoby jakby ktoś siedział na kratach piwa i dokładał je na bieżąco.

Dość o poleceniach z góry, czas o gościach z góry. Pracując w Żabce/Fresh Markecie, prędzej czy później przeżyjecie wizytę jednego z dwóch rodzajów ludzi – kontrolerów i partnerów.
Kontrole są czymś standardowym – co miesiąc wpada miła pani/miły pan, który sprawdza, czy sklep wystarczająco spełnia wymagania sieci. Czy jest dość dużo towaru z promocji na półkach. Czy hot-dogi się kręcą. Czy warzywa i wędliny do krojenia są świeże. Czy poleca się klientom towary z promocji.
Stać do cholery! Tutaj muszę się zatrzymać i ponarzekać – ZAWSZE trzeba coś polecić klientowi. Ja mam niemal zawsze na rano, to muszę polecać każdemu dorosłemu kawę z ekspresu (swoją drogą jedną z niewielu rzeczy, którą szczerze mogę z Freszów, czy innych Żabek, polecić). Każdemu. Staruszkowi chodzącemu o dwóch kulach i łapiącemu się co 4 kroki za serce też.
Jeżeli nie polecę i będzie kontrola, to punkty lecą. Mimo tego, że znam odpowiedź/wiem jaka powinna być odpowiedź.
A punkty, to rzecz święta – z każdej kontroli trzeba uzyskać co najmniej 60%. Nie ma punktów – nie ma dodatkowej forsy dla szefa. Nie ma dodatkowej forsy dla szefa, jest zjebany nastrój, utrata płynności finansowej, załamanie nerwowe i inne pierdoły pokazujące w jak głębokim bagnie się znajduje osoba prowadząca Fresh Market.
Z tego powodu często widziałem, że działy się naprawdę dziwne rzeczy przed kontrolami – chowało się towary z promocji po to, by je wystawić na półki wraz z początkiem kontroli. Inaczej by zostały wykupione, co skończyłoby się gwarantowaną stratą punktów.
Sklep w którym pracowałem jak dotąd kontrolowały dwie osoby – śmiertelnie rzeczowa, ale jednocześnie dość sympatyczna (kiedy nie ciśnie po nas za stracone punkty) Ruda, oraz mityczny pan Łysy, który wchodzi, mówi co jest źle i okazuje litość dając nam czas na szybką korektę niedoróbek. Tak, czy siak, kontrole w moim Żabschwitz wychodzą dobrze od kiedy pracuje tam wspomniany wyżej Michał.  Więc to nie jest aż taki wielki problem.
Swoją drogą, nie muszę chyba mówić o tym, że funkcjonowanie sklepu wraca do zdroworozsądkowej normy 30 sekund po tym, jak kontrola dobiegnie końca?

Dobra, jest jednak rodzaj gościa, który bardziej mi zaszedł za skórę. Pani Partnerka Sklepu.
Jest to dość śmiechowa funkcja – ktoś, kto zjadł już zęby na prowadzeniu Żabek wchodzi do cudzego sklepu i zaczyna się kozaczyć. Może chodzić gdzie chce, jak chce, kiedy chce, wydawać polecania, krytykować i udawać pana i władcę.
Ja, na moje nieszczęście, miałem styczność z jednym takim przypadkiem. Ego takiej wielkości, że zdziwiłem się że dała radę wejść do środka. Brak zahamowań, nielimitowany tupet, absolutny brak wyczucia czasu i zero szacunku dla „nędznego pracownika”.
Doprecyzuje – wpierdziela się taka w chwilę po zakończeniu wnoszenia dostawy składającej się z pięciu palet, krzyczy na wszystkich, dowala się do wszystkiego i zaczyna personalnie ubliżać mi i dziewczynom z którymi byłem na zmianie. To wszystko oczywiście robi przy klientach. No cóż… Po pytaniu „czy my w domu też mamy taki kompletny chlew?” hamulce mi wysiadły. Pierwszy raz w życiu byłem dumny, że zalazłem komuś za skórę. Najpierw stwierdzając, że to nie ona będzie oceniać czy pracujemy, czy się obijamy, a potem dyskutując o hot-dogach. Konkretnie, to o ich braku na grillu.
Mój argument pt. „nie będę kładł hot-dogów na grilla, bo bułki i tak będą się będą jeszcze rozmrażać jeszcze przez 4 godziny” został zripostowany tekstem „nie obchodzi mnie to, ta sieć ma swoje standardy”.
„Mają się kręcić, mimo tego, że będę mógł je sprzedać dopiero za 4 godziny?”.
„Przestań dyskutować i je nałóż w tej chwili”.
Nie potrafię tego skwitować inaczej niż swoiskim kurwa mać, ja pierdolę. Przepraszam, po prostu nie potrafię. Do tego ta kobieta, gdy przyszła potem, pogadać z szefem, to zaczęła twierdzić, że pozostałe osoby na zmianie były spoko, a tylko ja byłem tym złym człowiekiem, co ją denerwował. Na całe szczęście potem pokazała twarz, bo wjechał personalnie na jeszcze jedną osobę – poruszyła temat chorej mamy.
Jestem niezwykle radosny, że już tej pani nie spotkam – w przypadku ponownego zachowywania się w taki sposób prawdopodobnie obiłbym jej twarz. Tak się nie powinno zachowywać. Pal licho, że to nie profesjonalne. To zwyczajnie nieludzkie.

Fresh Market Żabka Żabschwitz Śmieci
TYLE ŚMIECI!
Generuje sklep przez tydzień.

 

Podsumowując – znaczna część tego jak będzie się wam pracowało będzie zależeć od współpracowników. Na całą resztę nie będziecie mieć realnego wpływu. Oprócz tego będziecie mieli gwarantowane elementy podnoszące ciśnienie (lepiej niż 3 kawki wypite pod rząd) w postaci wszystkiego, co zaserwuje wam centrala w Poznaniu.

Nie jest to praca dla każdego – potrzebna jest spora tolerancja dla głupoty ludzkiej, dużo cierpliwości i, przede wszystkim, umiejętność działania wbrew zdrowemu rozsądkowi. Wtedy pracuje się o wiele łatwiej. Spokojniej.

I tak, wiem, że nie ująłem wszystkiego. Ale ten wpis i bez tego ma już prawie 3000 słów. Jeżeli doczytaliście do tego fragmentu, to jesteście anomalią i możecie czuć się pozdrowieni przeze mnie.
Tak samo jak moja dawna ekipa z pracy. Trzymajcie się mocno i do zobaczenia!

Autor: Jasiek a.k.a Yeti

Bloger-amator, kiedyś student dziennikarstwa. Teraz sprzedawca giereczek i klocków Lego czekający ciągle na wenę i czas by coś napisać.

Dodaj komentarz

4 komentarzy do "Żabschwitz – historia prawdziwa o pracy w Żabce (bądź Fresh Markecie – jeden pies)"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Adobi
Gość

Napisz coś więcej o tej kawie 🙂

Eryk Szwarc (@Eryxon)
Gość

Dobrze piszesz, lekko się czyta. Ciekawa historia, i mimo, że brak mi doświadczenia w takiej pracy to tak sobie ją wyobrażałem. Jeśli chodzi o nonsensowne przepisy i normy, to są one powszechne w wielu dziedzinach. Wiele rzeczy już mnie nie dziwi, a powoduje jedynie opad rąk i bolące czoło od pukania weń. Powodzenia – skończ to dziennikarstwo i zajmij się pisaniem.

wpDiscuz