Keeper to prawdopodobnie pierwszy raz w moim życiu, gdy się cieszę, że dałem się ponieść internetowej fali rekomendacji. Około 25 osób poleciło mi tę grę. Spędziłem w niej parę godzin.

I teraz spędzę prawdopodobnie kolejną godzinę pisząc tekst poniżej, by wytłumaczyć wam, czemu nie warto zignorować istnienia tej gry.
Obłędne widoki i wspaniała muzyka
Najbardziej oczywistym powodem by się zainteresować Keeper jest to, jak ta gra wygląda.
Dawno nie widziałem tak pięknej gry. Pełno kolorów, różnorakiej roślinności i przecudownie zaprojektowane lokacje sprawiają, że wygodniej się gra z otwartą szczęką – zawiasy nie będą bolały od ciągłego jej opadania:

Mógłbym tymi zrzutami ekranu was szczuć co chwilka, ale nie chcę wam pokazywać zbyt wiele tej gry. Po części dlatego, że to wszystko wygląda jeszcze lepiej w ruchu.
Wiecie czego mi też szkoda? Że nie mam żadnego1 sposobu na to by podzielić się tym, jak absurdalnie dobra i dopasowana do gry jest muzyka. Jednocześnie uważam za zbrodnię to, że nie jest ona dostępna nigdzie, poza samą grą.
Rozumiem, że połowę pracy wykonuje tutaj jej obecność w grze i poza nią może nie robić aż takiego wrażenia. Ale pomimo tego słuchałbym, jak najęty.
Wspaniała, bezgłośna, historia
To, czego nie widać, a też jest wspaniałe, to fabuła.
Zrobić grę z dobrym scenariuszem to jest sztuka. Zrobić grę, która da radę to potem opowiedzieć nie wypowiadając ani jednego słowa? To jest arcydzieło. A Keeper właśnie tego dokonuje.
I nie jest to tak, że po prostu idziemy przed siebie, bez świadomości celu, ani sensu. Pomimo braku słów i opierania się wyłącznie na zachowaniu chodzącej latarni morskiej i ptaka siedzącego mu na dachu angażujemy się w to, co się dzieje na ekranie.

Moja luba, przyglądająca się mojemu graniu, porównała, zarówno motywy z historii, jak i wygląd gry do „Dzikiego Robota” – animacji Dreamworks z 2024 roku. Sam jej nie widziałem, ale patrząc jak ogólnie ich filmy animowane wyglądają, to nie może to być obraźliwe porównanie
Keeper to więcej niż gra
To jest doświadczenie. Mam poważny problem z tym by napisać cokolwiek więcej, bo nie chcę was pozbawiać szansy by doświadczyć tego na własnej skórze.
Ja uruchamiałem Keeper z pustą głową – wiedziałem jeszcze mniej niż wy. Kierował mną jedynie zachwyt otaczających mnie ludzi. I wiecie co?
Bardzo mnie to cieszy. Dlatego zrobię coś, czego nie robię na co dzień i przejdę już teraz do apelu:
Jak macie Xboxa, to pewnie macie Game Passa. Czyli macie Keepera dostępnego za darmo i nie macie żadnej, nawet teoretycznej wymówki, by doświadczyć tego małego dzieła sztuki. Po prostu zagrajcie.
Jeżeli natomiast gracie na PC, to sprawa jest trochę mniej radosna. Keeper kosztuje bowiem 130 złotych. Czy to są duże pieniądze jak na takie przeżycie? Moim zdaniem nie – zwłaszcza, że tutaj wszystko jest perfekcyjne. Jeżeli jednak, z jakichkolwiek przyczyn, przeliczacie złotówki na godziny rozrywki, to wstrzymajcie się.
Czemu? Zacząłem grać w Keeper pod koniec minionego tygodnia. W chwili, gdy piszę te słowa, to mam za sobą łącznie, około 4,5 godziny gry i zbliżam się do jej końca. Trochę pluję sobie w brodę, że nie ukończyłem jej przed napisaniem tego tekstu, ale dotarłem już do takiego momentu, w którym widzę dwie możliwości:
- Keeper mnie jeszcze czymś zaskoczy i będę polecał ją tym bardziej
- gra pozostanie na tym samym poziomie i dalej będę jej śpiewał hymn pochwalny
Niezależnie od tego, czy chcecie lekkiego rozruszania zwojów mózgowych w tej grze przygodowej, doświadczyć angażującej i emocjonującej historii, czy chcecie po prostu, jak to powiedziała mi moja luba, „pochillować po pracy z bombelkiem na kolanach”, to Keeper wam to (i znacznie więcej) zapewni.
Z nawiązką. I uśmiechem na twarzy.
- Mam tu na myśli żadnego legalnego sposobu, z którego zyski czerpaliby twórcy, a nie jakieś randomy wrzucające muzykę na YouTube’a ↩︎
Odkryj więcej z Yeti (nie tylko) o grach
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
