Finansowanie map Pokémon GO, część pierwsza – historia wilka w owczej skórze

W Pokémon GO bardzo popularne jest korzystanie z map, które dzięki zbieraniu danych z gry pokazują wszystkie informacje o stadionach (obrońcy, raidy), Pokéstopach (lure module) czy samych Pokémonach, które można spotkać w dziczy (włącznie z IV wybranych gatunków). Kto na tym korzysta finansowo?

Mapy Pokemon GO
Większość osób korzysta z mapek, bo na widok kilku rzadkich pokemonów w jednym miejscu dostaje spazmów.

Poniższy tekst jest artykułem gościnnym – autor prosił o zachowanie anonimowości, bo „nie jest moim celem reklamować siebie, tylko wytłumaczyć problem”.
Całość tekstu jest jego, a okazjonalne moje dopowiedzenia będą oznaczone w taki sposób.

Legalność, zgodność z zasadami korzystania z usług Niantic oraz wpływ na samą grę tych usług jest tematem na inny, obszerny artykuł*. Tutaj chciałbym się skupić na tym, do kogo wędrują pieniądze graczy, którzy w ten czy inny sposób sponsorują działanie takich map.

Pod uwagę brać będę tutaj trzy mapy: GymHuntr/PokeHuntr/PokeFetch, PokePro i mapy zlasu. Pierwszy projekt, będący w trzech różnych odsłonach, jest tworzony i zarządzany przez ludzi spoza Polski, pozostałe dwa administrowane są przez Polaków.

*Ja uwinąłbym się z tym w pięciuset słowach. Ale jakby to potem wrzucił na jakąkolwiek grupę Pokemon GO, to zostałbym ZLINCZOWANY.

Jak to się dzieje, że na telefonie widzę to, co kolega obok?

Warto najpierw wyjaśnić sobie zasadę działania takiej mapy – a nie jest ona taka prosta, jakby mogło się na pierwszy rzut oka wydawać. Pokémon GO w przeciwieństwie do tworzonego również przez Niantic Ingressa nie ma zarządzanego przez twórcę dedykowanego portalu pokazującego aktualny stan gry. Jedynym sposobem, aby dowiedzieć się co dzieje się w grze, jest ją włączyć lub kooperować z innymi graczami. Przynajmniej w teorii i założeniach Niantic. Graczom jednak takie rozwiązanie nie w smak, więc próbują stworzyć alternatywy.

Mapy Pokemon GO (1)
Będę musiał się potem zapytać autora tekstu jak taki widok w grze ogarnąć

Aby gra działała, na świat zewnętrzny musiała zostać wystawiona usługa internetowa (API – Application Programming Interface). Za jej pomocą gra odpalona w telefonie dowiaduje się o okolicznych obiektach od scentralizowanej infrastruktury, dzięki czemu gracze widzą to samo i mogą ze sobą współpracować.

Kawałek historii, czyli jak i dlaczego

W pierwszych wersjach, jakie wyszły poza zamknięte beta testy, komunikacja gry z API była bardzo słabo zabezpieczona.
Spowodowało to bardzo dynamiczny rozrost społeczności skupionej wokół korzystania z tego API – głównie do tworzenia map, ale też między innymi sprawdzania IV posiadanych Pokémonów. To nie podobało się Nianticowi z wielu względów i twórca zaczął zabezpieczać swoje dzieło.

Obecnie sama komunikacja między aplikacją a API Niantic jest szyfrowana. Z początku to szyfrowanie nie było zbyt problematyczne dla społeczności skupionej wokół subreddita r/pokemongodev, ale pod początek września 2016 roku nastąpiło pierwsze potężne uderzenie ze strony Niantic. Zaciemnianie i szyfrowanie było na tyle skomplikowane, że tęgie głowy z r/pogodev potrzebowały 72 godzin nieprzerwanej (!!) pracy, aby obejść nowe zabezpieczenia. Ciekawych tego sprintu zapraszam do wątku na reddicie.

Mapy Pokemon GO
To o nich.

W międzyczasie pojawiło się dodatkowe zabezpieczenie, które uderzało w same mapy. Konta, które wykazywały nienaturalne dla graczy zachowania,  musiały pokonać captchę by kontynuować rozgrywkę. W wyniku tego administratorzy musieli albo często wymieniać konta, albo wykupić klucze 2captcha.
Później do tego rozwiązania doszły tzw. „shadowbany”, czyli ukrywanie niepospolitych Pokémonów dla podejrzanych kont na dłuższy czas.

Kilka tygodni po pierwszym poważnym skomplikowaniu komunikacji z API, Niantic uderzył raz jeszcze. Tym razem społeczność nie była już tak silna, wiele osób straciło zainteresowanie i w rezultacie zagadnieniem zajęły się na poważnie tylko 4 osoby. Rozpracowanie nowego systemu zajęło im prawie miesiąc. Tym razem jednak efekt pracy nie został udostępniony dla wszystkich, a zamknięty jako usługa (też API) należąca do… Bossland GmbH – i tutaj zaczyna się robić (nie)ciekawie.

Bossland GmbH

Niemiecka firma ogłasza się jako największy na świecie dostawca oprogramowania do automatyzacji dla gier MMORPG, czyli po prostu botów. Co za tym idzie, Bossland GmbH jest daleki od życia w zgodzie z prawem – w kwietniu tego roku spółka przegrała w sądzie z Blizzardem, w wyniku czego miała ona zapłacić ponad 8,5 miliona dolarów amerykańskich zadośćuczynienia za prawie 43 tysiące (sic) przypadków złamania praw autorskich.

Jeżeli kiedykolwiek cokolwiek wkurzyło was w trakcie PvP w World of Warcraft, to prawdopodobnie jest to wina tych panów. Na całe szczęście Blizzard zajął się nimi bardzo konkretnie.

Graczom Pokémon GO Bossland GmbH dał się poznać przede wszystkim jako twórca Pokefarmera*, czyli bota do tej gry. Roczna subskrypcja kosztuje niecałe 25 euro, miesięczna zaś 4 euro. Dzięki niej można (nie) grać na jednym koncie z użyciem automatu.

Oprócz tego Bossland GmbH sprzedaje także wspomniany wcześniej dostęp do API hashującego, które jest wymagane do komunikacji z API Niantic. W tym przypadku za 150 zapytań na minutę ważnych 31 dni zapłacić trzeba niecałe 4 euro. Cennik pobrany z strony usługi poniżej:

Mapy Pokemon GO (3)

Między otrzymaniem przeze mnie od Piotrka tego tekstu a jego publikacją otrzymaliśmy dobrą nowinę – Pokefarmer i boty do WoWa autorstwa tej żałosnej firmy przestały być rozwijane. Ale dalej są wrzodami na dupie dla graczy Path of Exile, Final Fantasy XIV i Diablo 3.

O tym, jak wyjść na zero

Mapy, aby funkcjonować, potrzebują serwerów, na których będą działać, oprogramowania, kont oraz kluczy API opisanych powyżej. W niektórych przypadkach potrzebne są też serwery pośredniczące, gdyż Niantic niekiedy blokuje konkretne źródła, więc za pomocą proxy trzeba to obchodzić.

Serwery to sprawa indywidualna dostawcy, a że ceny zależą od naprawdę wielu czynników (jak się ma znajomości lub szczęście, to taki serwer można mieć za darmo), to w moim wyliczeniu ten fakt będę pomijać. Warto jednak wiedzieć, że koszt serwera nie jest duży – już za 14 zł miesięcznie można zacząć rozkręcać własną mapę.

Mapy Pokemon GO (4)
Tak wygląda serwer od zaplecza 😀

Sprawa kont nie jest już prosta. Co prawda można generować konta PTC masowo na własną rękę, ale są one dobre wyłącznie do znajdowania stworów i skanowania stadionów oraz Pokéstopów. Jeżeli chcemy poznać CP, poziom, IV i ataki dzikiego Pokémona dla graczy z poziomem 30 lub wyższym (te dane są dla nich wspólne), to musimy mieć konta z takim właśnie poziomem. Takie konta można kupić albo samemu sobie wyprodukować – w końcu nikt nie produkuje ich masowo na swoim telefonie. Tutaj pojawiają się pierwsze pieniądze – jedno konto z poziomem gracza 30 lub wyższym kosztuje od 7 zł na Allegro (sprawdzane w momencie pisania artykułu), ale można znaleźć w sieci znacznie tańsze opcje, nawet za mniej niż 2 złote.


Z racji tego, że ten tekst jest dłuższy od 95% tekstów na tym blogu, to postanowiłem podzielić go na dwie części. Druga część dostępna jest pod tym adresem.

Autor: Jasiek a.k.a Yeti

Bloger-amator, kiedyś student dziennikarstwa. Teraz sprzedawca giereczek i klocków Lego czekający ciągle na wenę i czas by coś napisać.

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

avatar
  Subscribe  
Powiadom o