Jeżeli chcesz dobrego wykładu, to nie szukaj ich na studiach.

Jakoś tak mi się zebrało by napisać wpis pozbawiony treści growych. A to wszystko za sprawą wykładu, na którym wczoraj byłem. Tak, wykład. W sobotę. Po południu. A ja jeszcze najchętniej bym ponarzekał na to, że był za krótki.

Tytułowe rozmyślenia wywołał u mnie wczorajszy wykład Michała Sadowskiego. Dla mnie to imię jest znane, ale na wypadek, jakbyś ktoś nie znał człowieka: to taki pan, który 3 lata temu stworzył Brand24. Ot, kolejne narzędzie do monitoringu internetu. Niby tak, ale osiągnął w 3 lata sukces na polskim rynku i zaczął oblegać resztę świata. Ale to inna historia: Michał jest mistrzem marketingu. I w sumie głównie o tym był jego wykład. I to co, gdzie, jak i kiedy założyć własny biznes też, ale o tym za chwilkę.

Śledzę Michała na Facebooku od jakiegoś czasu. Na ile mi pamięć służy, to zacząłem jakoś przed pojawieniem się klipu „Internety Robię”. Jak ktoś nie widział, to niech zobaczy teraz.

No, nawet nie wiem jak to się stało. Znajomy podrzucił? Podpatrzyłem od kogoś? Jakoś tak to było. Co nie zmienia drobnego faktu: dzięki temu widzę, że to co potem dostajemy na wykładzie, to nie są jakieś ekstrawaganckie teorie wzięte z miksera, do którego wrzucono książki teoretyków wszelkiej maści. Dostałem wykład oparty na autentycznych działaniach. Zresztą, widzę je na Facebooku. Nie są to czerstwe sposoby na promocję, które uczą mnie teraz na studiach. Albo które są teraz wbijane indeksami do głów biednym studentom marketingu i kierunków pokrewnych. W tym momencie tym ostatnim przesyłam wyrazy ubolewania.

Potem, jak wróciłem do domu, to mnie olśniło: tego mi teraz brakuje najbardziej na studiach. Dlatego mam ochotę je zakończyć jak najszybciej, niekoniecznie nawet dbając o licencjat. Bo czuje, że mój czas jest marnowany. A mógłby by być wykorzystany do tego, by przekazać mi coś bardziej wartościowego od suchej teorii: autentyczne doświadczenia. Coś takiego bardziej zapada w pamięć. I w przeciwieństwie do teoretycznej wiedzy wiemy od razu czy to rozwiązanie się sprawdza, czy nie.

Moje zajęcia z praktykami dziennikarstwa bądź public relations w znacznej mierze były… smutne. Co z tego, że zajęcia prowadzi ktoś, kto ma doświadczenie jako PR-owiec, skoro na slajdach mam parafrazę definicji z Wikipedii, przeplataną ? Na co mi zajęcia z dziennikarzem śledczym, który na połowie zajęć wyciąga zeszyt i „przemawia” definicjami z niego? O wiele więcej zapamiętam i wiele więcej skorzystam z wykładu dziennikarza, który opowiedział na wykładzie, krok po kroku, jak przygotował się i napisał relację z koncertu. Powiem nawet więcej: ja mogę tę historię opowiedzieć przy piwie i będzie ciekawie. To się dopiero nazywa wielofunkcyjność.

Żeby uczyć ludzi teorii trzeba umieć to robić. Być mówcą. W starożytnym tego słowa znaczeniu. Umieć przykuć uwagę publiczność i nie wypuszczać jej z rąk przez półtorej godziny. To  jest rzadkość. Przez cały okres moich studiów trafiłem na jednego wykładowcę, który potrafił przedstawić wiedzę teoretyczną i wyniki różnorakich badań w ciekawy sposób. Tak, że mimo wielkiej niechęci do notatek wszelakich, spora część tej wiedzy siedzi u mnie w głowie. Oczywiście pożegnano go z uczelni, bo… szkoda nawet pisać czemu. Ot, kolejna komedia systemu edukacji.

Wiecie czemu ja to piszę? Bo myślę sobie tak: moja matka płaci wszystkie podatki. Ja też, nawet jak mi wpadnie coś „na boku”. Niby to idzie również na szkolnictwo wyższe. Ja tego nie czuje. Chwilami po zajęciach czuje się głupszy niż byłem przed nimi.  A potem pojawia się wykład Michała Sadowskiego o 17:00 w SOBOTĘ, na który lecę. Wykład, 17:00, sobota. Pół godziny drogi pchając się autobusami i innymi tego typu. I jestem nie dość, że bardziej szczęśliwy, to jeszcze bogatszy o wiedzę, której nie wyciągnę z książek.

Tyle, jeżeli chodzi o wykłady wszelakie, teraz sprawa organizacyjna.

Starzeję się (że tak to ujmę). Gry dalej są moim głównym hobby, ale siłą rzeczy będę na nie przeznaczał coraz mniej czasu. Aż do jakiegoś pułapu, bo porzucenia grania sobie nie wyobrażam. Nie zmienia to faktu, że nie chciałbym pisać tylko o nich. Najlepszy dowód przed chwilą przeczytaliście. Pytanie natury technicznej macie poniżej. Głowić się nad nową domeną, czy niekoniecznie? Jak wy, czytelnicy moich wywodów, uważacie?