Kto jedzie na konwent fantasy wypatrywać gry indie?

Wychodzę z założenia, że jeżeli coś mnie prześladuje, to muszę stanąć temu na przeciw. Narzekania na twórców niezależnych, jakie pojawiły się na blogu IndieTrendy wyskoczyły mi o jeden raz za dużo na „ścianie” na FB.

Pyrkon 2014
Jeden z bohaterów tekstu.

Niby starczyłby mi do szczęścia kilometrowy komentarz pod wpisem. Niestety, lubię się rozpisywać, więc podejrzewam, że trafiłbym na limit znaków komentarza. Dlatego zapraszam tutaj.

Wpis jest polemiką do wpisu „Po co troszczyć się o ludzi, którzy mają wyjebane?” na blogu IndieTrendy.

Gdzie (miałby się rozstawić twórca indie)?

Pyrkon był imprezą na której było około 24 tysięcy osób. Do tego, czy te osoby są grupą docelową do której chce trafić takowy, to przejdę potem. Na razie przyjmę coś głupiego: że twórca indie z stoiskiem byłby oblegany niczym Minas Tirith podczas Wojny o Pierścień.

Tutaj z pomocą przyjdzie mi pierwszy komentarz do wpisu, który komentuje. Napisał go Robert Podgórski, z studia Black Moon Dev. Znani są głównie za sprawą gry The Few. Napisał on, że organizatorzy Pyrkonu za stoisko poprosili o trzy tysiące złotych. Do tego trzeba doliczyć też koszt zmontowania tego stoiska (logo, sprzęt i inne) oraz to, że obsługa też musi dostać jakieś pieniążki by pilnować fortu przez niemal cały czas trwania imprezy. Czy to są koszty dla twórcy indie?
Twórca Ninja Cat & Zombie Dinozaurs potrzebował 2300 złotych (minus koszty nagród, prowizje i inne podatki) by zrobić rozszerzenie do swojej gry. Myślę, że bliżej typowemu indykowi do budżetu kociego nindży, niż do budżetu EA.

Powiedzmy sobie szczerze: porównywanie środków małego twórcy niezależnego, do firmy zatrudniającej około 100 osób… Mam zacząć się śmiać?
Ale dobrze, przeskalujmy to: jeżeli firma posiadająca takie środki ma stoisko, to „typowy indyk” mógłby co najwyżej siedzieć z laptopem na kolanach, klepać kod i modlić o zauważenie. Na imprezie na 24 tysiące osób. Gdzie wzrok prędzej przykują cosplayerzy, albo klocki Lego (o nich za chwilkę), a nie „no-life z lapkiem”.

Zresztą, ktoś kto siedzi przed lapkiem na takiej imprezie… Nie, tu się wstrzymam od komentarza.

Czemu (ludzie na kownencie fantasy mieliby się nim zainteresować) ?

Lubię gry indie. Jeżeli czytasz tego bloga, to zapewne też je lubisz. Albo chociaż o nich wiesz. A to już bardzo dużo.
Okazjonalne rozmowy na ten temat z moim znajomymi działają jednak niczym kubeł zimnej wody: jesteśmy mniejszością. Nie każdy wie, że istnieją gry niezaleźne. Nie wszyscy wiedzą o Super Meat Boyach, FEZ-ach i innych. A wśród tych co wiedzą, nie każdego to kręci. Dlatego twierdzenie, że wśród „24 tysięcy nerdów, potencjalnie zainteresowanych wszystkim, co oderwane od rzeczywistości” znajdzie się dość dużo osób, które by

  • zainteresowały się grą
  • pamiętały po trzydniowej imprezie fakt jej istnienia
  • i potem ją kupiły

by zwrócił się koszt marketingu jest, mówiąc niezwykle delikatnie, dziwne.
Gry były dodatkiem do tej imprezy. Widać to chociażby w sytuacji, kiedy porównana się „tłumy”, które oblegały stoisko Artifex Mundi z tłumem, który oblegał pobliskie (o ile mnie pamięć nie myli) stoisko fanów Lego. Ankh-Morpork wykonane z klocków wzbudziło większe zainteresowanie niż gry Artifexów. Żeby nie być nieuczciwym, to powiem, że maszynka do automatycznego podawania papieru toaletowego zmontowana z Lego wzbudziła większy entuzjazm niż Hearthstone, albo Age of Wonders 3.

Jednak, zarówno ja, jak i autor tekstu nie jesteśmy zwykłymi uczestnikami. Ja jestem blogerem, a autor wpisu, po którym teraz jadę jest również dziennikarzem gry.onet.pl. DZIENNIKARZEM. Kuźwa. Krew mi się zagotowała. Jestem jeno nędznym studentem. Ale wiem, że nie idzie do toalety szukać informacji do działu kulturalnego. Tak samo media branżowe: z „wielkich” tylko CD-Action był tam w jakimś konkretnym składzie i zaserwowało potem krótką relację. Tylko, że nawet oni widzieli, że Pyrkon to nie jest raczej impreza dla graczy. Jak ktoś ma do tego faktu wątpliwości, to proszę: oto ich relacja.

I na koniec tego wątku, pozwolę sobie zacytować wyżej zalinkowaną, które w świetle komentowanego wpisu i mojego nastawienia do niego wydaje się być dość neutralna by odpowiedzieć na pytanie „Czy akcja Artifex Mundi była trafiona?” :
„Całkiem spore stanowisko ze swoimi tytułami udostępniło również studio Artifex Mundi od lat parające się tworzeniem casualowych  produkcji. Tam jednak kolejek raczej nie dane było uświadczyć – widać, że gracze z Pyrkonu nie do końca wpisywali się w ich grupę docelową.”

Kto (jest bohaterem wpisu) ?

Na koniec zostawiłem sobie to, co mnie najbardziej zastanawiało: o kim właściwie jest ten wpis? O twórcach indie, czy o twórcy „indie”?
Czemu zadaje to pytanie? Bo gdy widzę w wpisie ciągle nazwę jednego studia, to mam usilne wrażenie, że to właśnie ono jest bohaterem wpisu: Artifex Mundi to. Artifex Mundi tamto. Zasłużony dla Digital Dragons (zauważcie zwrot zwiększający autorytet cytowanej osoby) dyrektor Artifex Mundi… To jak to w końcu jest: narzekasz na indie devów, czy wychwalasz pod niebiosa Artifex Mundi, której przynależność do grona twórców niezależnych jest już dyskusyjna.
Moim zdaniem, AM jest dokładnie tak samo niezależne jak Mojang. Może i zaczynało jako studio niezależne. Ale teraz ich los jest bezpośrednio związany z produkcją gier. Jakiś czas temu Notch (tak, ten od Minecrafta) powiedział, że teraz nie mają wyboru: muszą robić gry, albo ludzie stracą pracę. Nie chcę się teraz wdawać w spory kto jest indie, kto nie, kto bardziej, kto udaje by być fajny, itp. itd. Ale w moim mniemaniu taka sytuacja nie uprawnia do nazywania ich niezależnymi. W moim odczuciu, bliżej temu już do normalnego corpo. Są pozbawieni wyboru. No, chyba, że zajmą się wyłącznie pracą kontraktową. Ale powiedzmy sobie szczerze: czy to jakiś wybór?

Jeżeli natomiast chodzi o część tekstu poświęconej twórcom niezależnym… Powiem to tak: ja bym chyba strzelił słusznego focha. Nie miałbym ochoty na kontakty z dziennikarzem, który nie waha się nazwać mnie i moich kolegów po fachu „dupami wołowymi”, wykazuje brak zrozumienia dla warunków pracy wielu indyków (gra robiona po godzinach, często w fazach pre-alfa, itp. itd.). Rozumiał bym święte oburzenie w sytuacji, jakby jakiś twórcy indie nie pojechali na Poznań Game Arena. To faktycznie byłaby jawna deklaracja masochizmu marketingowego. Ale PYRKON? Już wolałbym by twórca gier te trzy tysiące złotych przepił. Może wtedy, pod wpływem „weny”, wpadłby on na jakiś innowacyjny pomysł, który z jego gry zrobi kolejnego SUPERHOTa. Albo jeszcze lepiej: wykupiłby jeszcze większe stoisko na PGA, dzięki czemu obecne na wydarzeniu media rzucą się na niego z językami wywalonymi na wierzchu.

A jeszcze lepiej by było, jakby za te pieniążki pojechał się promować do kraju, gdzie 10$ za grę na Steam nie wywołuje reakcji „zdzierca!”. Mało realne, biorąc pod uwagę koszty podróży, ale przyjmijmy, że dałoby radę .

Co moim zdaniem, było celem tego tekstu?

Dobrze, trochę już wypunktowałem błędów logicznych z tego wpisu, ale powiem szczerze, że jak patrzę na listę „przywar” tekstu w moich notatkach, to mam ochotę teraz skończyć i przejść do sedna.

Każdy tekst powinien mieć swój cel. Opisanie gry. Skomentowanie wydarzenia. Opisanie takowego. Danie jakiś rad. Tutaj natomiast mamy do czynienia z:

  • szydzeniem i obrażaniem twórców indie. Dupa wołowa to raczej nie jest określenie, z którego ktoś by się cieszył. I na której raczej nikt sobie nie zasłużył. No, chyba, że jest twórcą bob’s game. Wtedy do dupy wołowej możemy dodać nazwy jednostek chorobowy.
  • sugerowaniem, że nie robią nic poza piciem na imprezach branżowych
  • psalmem pochwalnym dla Artifex Mundi. Jak przeczytałem żartobliwy komentarz, że autor chce tam trafić do pracy, to wiecie co pomyślałem? Że to wcale nie musi być żart.

Teoretycznie autor wpisu mógłby się wykpić stwierdzeniem „to jest mój blog, mogę na nim pisać co mi się podoba”. No dobrze, spoko, na blogu sam jesteś sobie redaktorem naczelnym i podejmujesz wszystkie decyzje.

Zastanawiam się natomiast, jak o tobie, jako o dziennikarzu, świadczy opublikowanie tekstu tak populistycznego, stronniczego i nierzetelnego. Zastanów się: dziennikarz, czy przyszły pracownik „Faktu”. Bo znając tylko tę twoją wypowiedź mógłbym polemizować na temat tego, czy określenie „pracownik mediów” nie odpowiadałoby bardziej temu co robisz.

Ale muszę podziękować: lektura tego wpisu przypomniała mi czemu ja zacząłem pisać o grach.

Autor: Jasiek a.k.a Yeti

Bloger-amator, kiedyś student dziennikarstwa. Teraz sprzedawca giereczek i klocków Lego czekający ciągle na wenę i czas by coś napisać.

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz