Prawdziwy koniec gry :(

Piszę w miarę świeżo po seansie Avengers: Endgame. Na tyle na świeżo, że jeszcze mogę sobie przypomnieć emocje, jakie mną targały w trakcie seansu.

Avengers: Endgame plakat
Du du, dudu. DU. DU. DU!

Na całe szczęście nie na tyle, by na samą myśl przeżywać je na nowo.

Godny koniec

Trudno jest napisać coś o Avengers: Endgame bez wchodzenia na terytorium spoilerowe, więc napiszę to co mogę, spoilery zostawiając za ścianą (i przejściem do kolejnej strony).

Nie da się patrzeć na ten film jak na normalne widowisko. Olewając już fakt, że jest zwyczajnie dłuższe od typowego filmu – naprawdę trwa trzy godziny, to jest zwieńczenie serii, która była tworzona 11 lat. Avengers: Endgame wychodzi z założenia, że całą podróż, do tej chwili, odbyliście razem z bohaterami filmu.

Cały film to jest jeden wielki festiwal wiązania wątków, ostatecznego rozwijania się postaci, gagów, walk i „zagadek” do rozwiązania. Jeden wielki zbiór wszystkiego, co ludzie uwielbiają w MCU.
Fanservice: The Movie.

Avengers Endgame
To jeszcze nic.

Przy czym, jestem skłonny sobie wyobrazić, że dla kogoś tego wszystkiego może być za dużo i może w pewnym momencie poczuć się znużony interakcjami między postaciami i stosunkowo spokojnym tempem akcji. Trudno mi jednak potraktować to jako poważną wadę filmu.

Ogólnie, to najprościej jest powiedzieć, że Avengers: Endgame przeryczałem:

  • Lamentowałem z żalu.
  • Pochlipywałem z wzruszenia.
  • Ryczałem do łez ze śmiechu.
  • Chwilami nawet płakałem z powodu przytłoczenia szeroko rozumianą zajebistością i zwyczajnego nieprzetwarzania tego co się dzieje.
Avengers Endgame to o nas
#ToONas

To wszystko natomiast dążyło, do finału wszystkich finałów. Film wyraźnie miał za zadanie zakończyć luźne wątki, które powstały przez ostatnie lata. Wykonuje to w sposób sumienny, efektowny i efektywny.

A ostatnie minuty Avengers: Endgame pozostaną w pamięci widzów na bardzo długi czas.
Pewną wadą jednak może być to, że, na ten moment, nie jestem w stanie wyobrazić sobie czegoś, co przebije ten film i jego jedenastoletni fundament.

Cholera, mam dość pisania recenzji filmu, gdzie nie da się nie powiedzieć czegokolwiek bez zdradzania fabuły. Po prostu idźcie do kina. I tak wiem, że pójdziecie i, jeżeli to czytacie, to robicie to dla sportu, albo by sobie uzasadnić wyjście do kina.

Rachunek sumienia

Nie piszę tutaj za często o jakiś rzeczach okołokomiksowych, więc muszę dać tutaj trochę informacji o sobie, żebyście mieli jakiś kontekst do recenzji Avengers: Endgame.

Kontakt z komiksami Marvela mam około zerowy – przeczytałem cztery komiksy, po angielsku, nawet nie pamiętam jakie zeszyty. Dwa z Deadpoolem, jeden z Iron Manem i jeden z Doktorem Strange. Pod tym kątem nie miałem jak się zbytnio podjarać. Za dzieciaka też oglądałem jakiś serial animowany z Spider-Manem i z dwie serie o X-Menach.
Już wtedy z nimi była jakaś kompletna sieczka w której idzie się pogubić 😀

Żeby było zabawniej, to nawet w ramach MCU nie byłem jakimś wielkim maniakiem. Przed seansem Avengers: Endgame nie miałem okazji widzieć drugiej części Ant-Mana czy Black Panther. Oczywiście braki w wiedzy potrzebne do rozumienia poprzednich Avengersów i tych nadrobiłem szybko, bo ogólnie lubię być głupi. Jako efekt poboczny pochłonąłem chyba pół Marvelowej wikii. Tak jakoś wyszło 🙂

Ogólnie, to choćbym nie wiem jak się starał, to nie jestem w stanie się wystroić w piórka wielkiego fana komiksów Marvela. A mimo tego film poruszył moje struny w sposób, który uznawałem za niemożliwy.

Poniżej ciekawsza część programu, czyli trochę mojego bezpardonowo i spoilerowego peplania na temat Avengers: Endgame. Pod obrazkiem poniżej i na kolejnej stronie są spoilery. Zostaliście ostrzeżeni.

Avengers Endgame Spoiler-full zone

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *