Dawn of The School Of Brutal Pirate Rock

Dobra, ostatni czas upłynął mi głównie na domykaniu różnych spraw, zarówno w życiu, jak i w ramach tego przebrzydłego bloga. Ostrzeżenie: wpis zawiera homeopatyczne ilości School Of Rock, Dawngate, kotów, smutnych historii i koncertów folk rockowych. Teraz możecie klikać „Czytaj dalej”

School Of Rock
To naprawdę już koniec :<

Brutal Legend

Zaczynając chronologicznie: udało mi się przejść Brutal Legend (nie wiem jak te dziwne u napisać). Tak jak przewidywałem, koniec był BARDZO bliski. Jeżeli napiszę że ZBYT bliski to nie skłamię. Ale uczucia niedosytu nie mam. No i poza tym, zawsze mogę się powozić po rockowo-metalowym świecie i, tak samo jak w prawdziwym życiu, dopiąć na ostatni guzik różne sprawy. Miałem w tym momencie wrzucić nagranie z końcówki gry, ale doszedłem do wniosku, że odpuszczę sobie spoilerowanie. Zamiast tego macie przyjemny utwór z gry, z momentu kiedy „niebo spada nam na głowę” 🙂

School Of Rock

Oprócz tego ostatnio obejrzałem z moją Lubą dwa filmy. Najpierw trochę o School Of Rock. Nigdy nie oglądałem filmu, który był tak do kitu i tak świetny jednocześnie. No dobra, nie jednocześnie: najpierw był do bani, do takie stopnia, że wolałem patrzeć się w sufit, albo wtulać w ramię dziewczyny i nawet go nie słuchałem. Mniej więcej po pierwszej „próbie” się rozkręcił i zaczął się nadawać do oglądania. Nawet Jack Black tego filmu nie ratował w jego pierwszych minutach. A w sumie szkoda, bo School Of Rock to nie tylko ubaw po pachy i miły, „disneyowski” film familijny. Jest on jak najbardziej godny poświęconego mu czasu. Ale oglądać w dzień, najlepiej z mocną kawą w pogotowiu na wypadek jakby nas „zmuliło”. Zwłaszcza, że zanim w tym filmie rozgości się ROCK, to całość ma nastrój szkółki niedzielnej.

Legendy Sowiego Królestwa

Tia, oprócz tego widziałem Legendy Sowiego KrólestwaPrzyjemne, ładnie zrobione, kino familijne. Jak to z takim bywa jest przewidywalne do bólu dla każdego, kto obejrzał trochę filmów w swoim życiu, ale i tak jest to niezwykle sympatyczny film. I nie, moje uwielbienie dla tego gatunku ptaków wcale nie wpływa na ocenę… Na dobrą sprawę plus za sam pomysł na film dedykowany tym zwierzakom. Nie przypominam sobie innych. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie?

Dawngate i spółka

Dawngate
Brama Świtu się otwiera…

Teraz niby powinienem zająć się ogarnianiem Dawngate, czyli dowodu na to, że Electronic Arts wcale nie musi spartolić każdej gry, jaka wpadnie im w ręce. Zwłaszcza, że okazało się, że NDA w aktualnej postaci na dobrą sprawę nie istnieje. Co nie zmienia faktu, że najpewniej nie dam rady tej gry ograć w trakcie aktualnego okienka zamkniętej bety tak dokładnie, by napisać coś godnego wzmianki.

Zamiast tego zajmę się ogarnianiem wywiadu, o którym napisałem ostatnio. Nawet po cięciach i usunięciu mniej ciekawych fragmentów wyszedł mi wywiad-rzeka. Chyba po raz pierwszy od kiedy prowadzę bloga cieszę się z braku limitu znaków w wpisie. W gazecie by mi czegoś takiego nie opublikowali, za dużo miejsca by poszło (zabrakłoby na reklamy). No cóż, tutaj reklam nie będzie, dopóki nie wymyślę czegoś, co będzie działać, nie będzie wkurzać i będzie chociaż zarabiać na samo siebie (hosting + domena to 260zł rocznie, niby nic, ale jednak trochę boli… )

Pirackie „party hard”

W tym miesiącu będzie kumulacja pirackiego dobra: w trakcie pisania tego tekstu na kolanach siedzi mi nowy „członek rodziny”. Chodzi o Pirata: dwuletniego kota rasy rosyjskiej niebieskiej (albo rasowy, albo 75%, przynajmniej tak wynika z wyglądu). Do tego jak na swój wiek jest wręcz kotem miniaturką: na podstawie wielkości jego wiek oceniliśmy na 7-8 miesięcy. Dodajmy do tego ADHD godne stada kotów naćpanych kocimiętką i apetyt godny pradawnego smoka (zje nawet kanapki. Całe). Mam nadzieję, że nie będzie cichaczem rumu popijał.
Niestety, teraz czas na smutną część historii. Pirat otrzymał takie imię nie bez powodu: kiedy go złapaliśmy, to nie miał już jednego oka. Na całe szczęście niedługo przejdzie zabieg w którym mu oporządzą to co tam zostało i będzie dobrze. Trzeba będzie jeszcze mu przepaskę na oko zmajstrować. No i oprócz tego miał kopalnię wszy w uszach (już wyleczone) oraz ma „robaki” w brzuchu. Może to one odpowiadają za smoczy apetyt? Przekonam się wkrótce.
A za resztę pirackiej kumulacji odpowiada koncert na który idę za parę dni: w mojej rodzinnej wiosce zwanej Szczecinem koncertować będzie Alestorm. Najbardziej chore połączenie jakie znam: Szkoci grający piracki Heavy Metal. Dodajmy do tego całkiem zacne kapele na wsparciu, i co otrzymacie? Pewność, że w ten weekend nie zobaczycie żadnego wpisu, będę „stygnął” po koncercie.  Jakby ktoś balował w okolicach Szczecina, to tutaj ma szczegóły na temat imprezy. Ja jakby szczerze polecam 😀 I na pożegnaniu cover w wykonaniu głównej gwiazdy koncertu.

Autor: Jasiek a.k.a Yeti

Bloger-amator, kiedyś student dziennikarstwa. Teraz sprzedawca giereczek i klocków Lego czekający ciągle na wenę i czas by coś napisać.

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz