Polityka o Szczecinie – rzetelnie. Ale coś tu jest nie tak…

Polityka jest jednym z niewielu tygodników opinii, które czytuję z chęcią. Kiedy dowiedziałem się, że w tym tygodniu wydają specjalne wydanie z tekstami na temat mojego miasta, to zakup był postanowiony. Zobaczyłem to, czego się można było spodziewać. Ale nie mogę tego pozostawić bez kilku słów komentarza.

Polityka Szczecin Okładka
Okładka tygodnika „Polityka” – źródło: fanpage czasopisma na FB

Zwłaszcza, że po lekturze całości nóż sam się otwiera w kieszeni.

Z wieloma rzeczami trzeba się zgodzić…

Tekst mojego imiennika, Piotra Sarzyńskiego, stałego współpracownika „Polityki” zatytułowany „A mogłoby być pięknie” jest więcej niż godny uwagi. Bardzo ciekawy artykuł na trzy strony pisma pokazujący wiele zalet i wad miasta. Podkreśla szczecińską zieleń, przy której blednie każde polskie miasto, które miałem okazję odwiedzić w swoim życiu. Pamiętał nawet o Cmentarzu Centralnym, który jest anomalią na skalę kraju. Jak wiele cmentarzy robi jednocześnie za swoisty „rezerwat” dla rzadkiej flory? O znajdujących się tam 415 gatunkach drzew i krzewów nie wiedziałem. Fajna ciekawostka, opowie się przyjezdnym jak wpadną 🙂

Ten tekst zasługuje na szczególne uznany uznania za jego, moim zdaniem, drobiazgowość i wyważenie opinii. Autor nie wpadł na pomysł by „polecieć z nurtem” i wdeptać Szczecin w ziemię w sposób jednoznacznie sugerujący, że jesteśmy najgorszym miejscem na ziemi. Wypunktował co złe, wymienił zalety. Widać, że autor w swojej opinii nie uważa Szczecina za zbyt udany przykład zarządzania miastem, ale pozwala czytającemu wydać werdykt w tej sprawie. Dla mnie bomba. Tylko ten tytuł… meh, rozumiem, przyciągać uwagę, ale on się kłóci z wymową tekstu

Janina Paradowska natomiast napisała tekst „Woda i wygoda” , który można skrócić jednym zdaniem: Krzystek nic nie robi, bo nie ma się kogo bać. Oprócz tego dostajemy krótki rys tego jak wyglądały rządy prezydentów w czasach „nowożytnych”, że pozwolę sobie to tak określić. Przez to tekst nabrał kształtu biogramu Piotra Krzystka z elementami historycznymi i komentarzami. Wielki plus za przypomnienie/uświadomienie czytelników w sprawie „specyficznej” drogi aktualnego prezydenta do zwycięstwa w swoich pierwszych wyborach. No cóż, plecy są najważniejsze.

Trudno jest nie zgodzić się z tezą, że aktualny prezydent miasta zostanie nim jeszcze na kolejną kadencję. Nie ze względu na swoją siłę, lecz na niemoc swoich kontrkandydatów. A raczej ich realny brak.
Partie polityczne działające w mieście nie mają kandydatów (ew. kogoś, kto mógłby takowym zostać), a Małgorzata Jacyna-Witt została potraktowana przez publicystkę „Polityki” jak powietrze. Jeżeli przez niedopatrzenie, to się nie dziwię. Jeżeli z rozmysłem, to mnie to cieszy. Kandydatka opierająca swoje działania na negowaniu działań miasta (niezależnie od ich skutków) i rzucaniu populistycznych (i jednocześnie mało realnych) obietnic w stylu „aquaparku dla każdej dzielnicy” nie zasługuje na skupienie czyjejkolwiek uwagi.

Ryszarda Socha natomiast w „Mieliznie” opisuje upadek przemysłu w Szczecinie i to co się pojawiło w jego miejscu. Jest to ni mniej, ni więcej, tylko dobry opis tego co się działo z Szczecinem w ostatnich latach. Za takie dziennikarstwo lubię „Politykę”. Tutaj nie dodam nic od siebie, bo to nie moje pole zainteresowań nawet w stopniu symbolicznym.

Opisałem wszystkie teksty, poza pierwszym. Nie bez przyczyny.

… ale CO TO MA BYĆ?

Podejrzewam, że jakbym wpis poświęcił TYLKO na ten fragment, to stałby się hitem. Jak każda krytyka. Ale to byłoby nieuczciwe z mojej strony wobec „Polityki”.

Defetyzm, fatalizm, pesymizm i masa innych negatywnych -izmów przyszła jednak z najmniej spodziewanej strony.  Artykuł „wstępny” do portretu Szczecina w tygodniku Polityka napisała Inga Iwasiów. Pisarka, pani profesor (profesorka, by się nikt nie obraził. Chwilami łatwo o to) na wydziale filologicznym Uniwersytetu Szczecińskiego. W takim razie musi być osobą inteligentną, rozważną i zdolną do rzetelnej i względnie obiektywnej oceny.

Może i być zdolna, ale jej tekst o tym nie świadczy.  Są fragmenty, które wskazują autentyczne problemy. Mamy wspomnienie nieszczęsnego „Anioła Wolności” jako przykład kiczu. Tutaj muszę się zgodzić: o ile idea była naprawdę światła, to projekt i wykonanie…. Nie, to lepiej bym przemilczał. Słusznie zwraca uwagę, że przez germanofobię Mariana Jurczyka przepędzaliśmy inwestorów tylko z powodu ich pochodzenia. Mieszane odczucia mam do jej wypowiedzi o marginalizacji humanistyki i kultury w rejonie. Trudno mówić o marginalizacji w mieście, gdzie niedawno otworzono Filharmonię, gdzie powstaje Centrum Dialogu „Przełomy”, Trafostacja Sztuki i pewnie jeszcze inne rzeczy o których ja, ignorant, niewiele wiem. Skoro ignorant widzi, że Szczecin pod względem kulturalnym żyje, a pani profesor twierdzi, że kultura jest spychana na margines, to coś tu wyraźnie nie gra. Jest jednak faktem to, że takie zjawisko ogólnie występuje w skali kraju. I tutaj powodów do polemiki nie widzę.

Wiecie, co mnie wyprowadza z równowagi*? Kiedy dowiaduje się, że porównywanie się do wielkich miast takich jak Paryż, Berlin, czy Lwów, oznacza, że „zawsze widzimy nasze miasto jako dopełnienie istniejącego wzoru i niespełnioną obietnicę wielkości”. A może to oznacza, że widzimy to, co już mamy i rozumiemy, do czego możemy dążyć? Skąd od razu pewność, że patrzymy na nasze miasto z perspektywy karła marzącego o byciu olbrzymem?
„Językoznawcy jeszcze w latach 80. twierdzili, że w Szczecinie mówi się najczystszą polszczyzną, właśnie dlatego, że ucieczka od wszelkich różnic – gwarowych i regionalnych – miała zapewnić życiowy awans”. Yhm. Tak. Oczywiście. A nie jest bardziej racjonalnym rozwiązaniem fakt, że w tyglu językowym, jaki powstał w trakcie „kolonizacji” Ziem Odzyskanych,  pozbycie się różnic językowych miało pomóc w dogadywaniu się przyszłych sąsiadów?
Myślałem, że odgryzę kawałek biurka, gdy przeczytałem fragment poświęcony demonstracjom, maturze pani Iwasiów, czynie romantycznym i „energii miasta pochodzącej z wielkich zakładów przemysłowych”. Powiedzmy sobie tak: energia w dzisiejszych czasach pochodzi od młodych. Jeżeli ktoś chce napisać, że to nieprawda, to niech spojrzy na to co młodzi są w stanie zrobić: sprawili, że mistrz ciosu „z liścia” trafił do Parlamentu Europejskiego. To jest siła. Natomiast pisanie o czynie romantycznych w chwili gdy żyjemy w wolnym i suwerennym (jak na dzisiejsze standardy) kraju zasługuje tylko na szyderę. Zarówno kraj, jak i moja (nasza?) „mała ojczyzna” potrzebuje teraz pracy organicznej. Nie musimy już walczyć o miejsce bytowania. Teraz trzeba działać, by to miejsce było znośne. A może nawet cudowne? Do pracy organicznej wrócę na koniec.
Nauczyciele słusznie robią doradzając swoim uczniom eskapadę poza miasto. Pomijam już poziom niektórych wykładów. Szczecin nie ma nic wspólnego z miastem studenckim. Poza Juwenaliami nie dzieje się nic, co ich przyciąga. Ludzie mając do wyboru ZUT i Politechnikę Wrocławską pojadą do Wrocławia. Bo poziom, bo możliwości, bo nie-(martwy z ich punktu widzenia) Szczecin. Wrocław zadbał w każdy możliwy sposób o reputację miasta studenckiego. A tutaj? Nawet (powołam się na nieprzyjemny stereotyp) nie ma w tym mieście miejsca, gdzie student może w nocy wyskoczyć na piwo. „Miasto studenckie”. Pfff… .
Jeżeli natomiast chodzi o fakt, że „Uniwersytet (…) interesuje opinię publiczną z okazji skandali”, to muszę zadać pytanie: czy jest się czemu dziwić? Uczelnie dają mało powodów do szumu medialnego za wyjątkiem skandali. Studiowałem na US, interesowałem się tym co się na nim dzieje (traktowałem to jako swój „psi obowiązek” jako starosty) i NIC. Niedawno ZUT podpisał umowę o współpracy z Samsungiem. Pominę już winę mediów lokalnych, które dały ciała i niewiele o tym napisały.
To było coś, krok w dobrą stronę. Może sprawić, że ktoś z rozmysłem pozostanie na studiach tutaj. Ale jednocześnie jednostkowa sytuacja. Za mało, by odprawiać taniec zwycięstwa. Ale „światełko w tunelu”? Pierwszorzędne i nastrajające optymistycznie.

W dzisiejszych czasach energią miasta są młodzi. To oni „biorą na klatę” rozwój. To oni, jeżeli się odważą, zajmą miejsce Piotra Krzystka. Dla nich w tym mieście niewiele się dzieje. Ich nie interesuje „Nagroda dla autorki Gryfia” (o której pewnie miała ona na myśli mówiąc, że „indywidualiści są twardą ręką przywoływani do porządku”. Jakby ktoś nie wiedział o co chodzi, to polecam ten artykuł). Ich interesował Szczecin Game Show, Szczecińskie Dni Fantastyki, Konecony, czy inne tego typu wydarzenia. Ich interesuje Social Media Czwartek, Tweetupy… . Zadbajcie o to. Zadbajcie o młodych. Tutaj trzeba zacząć coś działać. Coś robić.
Młodzi biorą się za „pracę organiczną”.  Ja organizuję w Szczecinie Pog(R)adajmy. W najbliższej przyszłości odbędzie się Szczecin Geek Day. Regularnie odbywają się Plantacje (spotkania przy grach planszowych).  To działa i to przyciąga (w najgorszym razie zatrzymuje) aktywnych i rozgarniętych młodych ludzi.  Takich, którym „coś się chce”. Takie osoby są cenne dla każdego miasta.

W związku z tym proszę nie pisać, że w Szczecinie kulturalnie nic się nie dzieje. W końcu popkultura, to też kultura. No chyba, że ktoś myli popkulturę z kulturą niską. Wtedy to już nie jest mój problem. To problem braku rozumienia dzisiejszego świata. Jak nie całości, to tego fragmentu, gdzie siedzi „przyszłość narodu”.

Ogłoszenie drobne: trzy dni wolnego od blogowania. Post na dzień? Dajcie żyć! Albo chociaż pograć.

*Osoba, która znajdzie mi frazeologizm znaczący to samo, co angielskie „Do you know what really grinds my gears?” dostanie ciastko.

Autor: Jasiek a.k.a Yeti

Bloger-amator, kiedyś student dziennikarstwa. Teraz sprzedawca giereczek i klocków Lego czekający ciągle na wenę i czas by coś napisać.

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz