Byłem na „Maleficent” i nie żałowałem. Ale…

Przyznaje się szczerze: kiedy Microsoft się produkował na konferencji na E3, to ja razem z moją dziewczyną szedłem do kina. Ot, postanowiliśmy obejrzeć „Maleficent”. Poszedłem, nie zawiodłem się i wam również polecam ten film. Niestety, rzeczy doskonałe istnieją tylko w bajkach, więc muszę też się trochę popieklić.

Maleficent
Maleficent w pełnej klasie.

Żeby nie było: z czystym sumieniem możecie iść do kin. Kilka rzeczy po prostu zwyczajnie się mi nie spodobało. Ot, tyle. I piszę o tym również dlatego, że jak patrzę na materiał do podsumowania E3 to dostaje przerażającego growstrętu.

Jak bogów kocham: będą spoilery. Małe, ale będą. Przykro mi.

Czemu warto iść?

Zacznę jednak od najważniejszego. Skoro chcę wam polecić „Maleficent”, to dobrze byłoby dać ku temu lepsze argumenty niż „ten film jest zajebisty”. Dlatego też, do dzieła!

Gra aktorska Angeliny Jolie.

Odgrywająca tytułową rolę w tym filmie aktorka ostatnio jest znana bardziej z bycia w związku z Braddem Pittem oraz adoptowania kolorowych dzieci z różnych zakątków globu.

Szkoda, bo Angelina Jolie w tym filmie pokazuje swoje umiejętności i udowadnia, że zasługuje na pamięć właśnie z ich powodu. Jej życie prywatne możemy sobie odpuścić, zamiast tego wpadnijmy w słuszny zachwyt nad jej grą aktorską.

Zresztą, spójrzcie na ten mroczny uśmiech. Już sama scena rzucenia klątwy to jest coś pięknego i wystarczający powód by iść do kina. A to nie jedyny powód do zachwytu.

Maleficent
Muahahaha!

Postać Maleficent…

Główna bohaterka – potężna wróżka, która pod wpływem „życia” przeszła na stronę zła. Stała się mściwa, okrutna i bezlitosna. Zamienia baśniowe królestwo wróżek w ciemny las. Korzysta z każdej okazji by zamienić życie swojego adwersarza w koszmar.

To wszystko nie byłoby możliwe, jakby była zwyczajną, słabą, fruwającą na malutkich skrzydełkach wróżką. Władza doprawdy potężną magią, która na pierwszy rzut oka pozwala jej na niemal wszystko. Na początku leczy „złamanie” drzewa. Później macha żołnierzami w powietrzu jakby to były figurki od szachów.

… i efekty specjalne tym wywołane.

I właśnie te użycia magii wyglądały w tym filmie obłędnie. Wspomniana scena zabawy żołnierzami. Scena rzucania klątwy (z której pochodzi gif powyżej), czy też bitwa  z początków filmu(która nie ma z magią wiele wspólnego, ale mimo to wygląda obłędnie). To pierwsze z brzegu miejsca, gdzie efekty specjalne i ich wykorzystanie mnie powaliło.

I nie, nie mam tu na myśli natłoku wszystkiego, połączonego z efektem „flary” i epicką muzyką. Efekty specjalne w Maleficent są użyte z smakiem i bez zbędnej przesady. Dla mnie to było świetne.

Diaval – najfajniejszy poplecznik jaki pamiętam.

Tutaj krótko: od kiedy jestem ze swoją dziewczyną, to oglądam masę filmów animowanych. Oprócz tego oglądam całkiem sporo filmów kinowych. Ale… walić to: Diaval jest najbardziej śmiechowym i godnym zapamiętania pomagierem jaki siedzi mi teraz w głowie.

Jego kreacja w wykonaniu Sama Rileya? Pierwszorzędna. +1 dla tego filmu. Postać genialna, nawet gdy jest opierzona. 

Ciekawa historia, która nie jest nędzną kalką.

Powiedzmy wprost: 90% animacji/filmów Disneya jest opartych/mocno inspirowane dawnymi baśniami.

Maleficent jest czymś innym: jest opowiedzeniem znanej wszystkim opowieści o śpiącej królewnie z innej perspektywy. Jak się okazuje, historia nie potoczyła się jednak tak, jak opisał ją Walt Disney. Ba! Bracia Grimm najwyraźniej też się mylili. A nawet jeżeli nie, to po obejrzeniu tego filmu wolałbym, by ta wersja opowieści była kanoniczna.

Jasne, film zawiera trochę ogranych motywów. Ale ich obecność ani sposób użycia nie boli. Mogę powiedzieć, ze wprost przeciwnie.

Bonus: beka z internetów i „recenzji” Maleficent.

Zanim przejdę do moich „bólów tyłka”, pozwolę sobie napisać zdanie ostrzeżenia dotyczące recenzji tego filmu. Często czytam oskarżenie, że od połowy filmu Maleficent przestaje być główną bohaterką swojego filmu.

Na ten zarzut mogę powiedzieć jedno: ostatnio taką bzdurę słyszałem, jak znajomy po pijaku powiedział, że przeportowanie GTA 2 na XBox One byłoby megahitem i GOTY 2014. Oba te twierdzenia mają dokładnie tyle samo sensu. 

Co mnie boli?

Po beczce miodu nadeszła chwila na łyżkę dziegciu. Wątpię, by cokolwiek, co napisałem poniżej miało kogoś zniechęcić do pójścia do kina. Nie zmienia to jednak faktu, że ZABOLAŁO mnie to.

Diabolina.

Mam dysonans poznawczy. Polski tytuł filmu brzmi „Czarownica”. Oryginalny tytuł brzmi „Maleficent”, tak samo jak nazywa się główna bohaterka. To tutaj już mi się zapaliła lampka bezpieczeństwa. Ale potem co się okazuje? Że główna bohaterka został ochrzczona imieniem Diabolina. Mój mózg, moje uszy, WAAAAAAAGH! To mnie boli. To się kłóci z moim odczuciem estetyki literackiej. To miażdży mi mózg.

To brzmi tak paskudnie, że aż nie mogę się powstrzymać od narzekań. Tak, wiem: moja dziewczyna mnie oświeciła, że takie samo było tłumaczenie jej imienia w filmie animowanym z 1959 roku. Ale na bogów, to były tak zamierzchłe czasy, że ktoś, kto oglądał ten film nie pamięta jej oryginalnego imienia. W sumie to nawet wątpię, by oryginalna animacja Disneya była puszczana w naszym, wtedy komunistycznym, świeżo powojennym, kraju.

Jakby tego było mało <SPOILER JAK DIABLI, NIE CZYTAĆ> kiedy poznajemy bardzo młodą Maleficent, to co widzimy? Słodką, małą skrzydlatą dziewczynkę, która przedstawia się jak? Diabolina. Imię pasuje do tego co widzimy niczym mąka do sałatki warzywnej. LITOŚCI. W moim odczuciu już nawet pozostawienie oryginalnego imienia w formie nieprzetłumaczonej byłoby bardziej racjonalne.

3D, czy „czydy”?

Trafiliśmy na film w wersji 3D z napisami. Głównie dlatego, że inne godziny nam nie pasowały. Zapłaciliśmy dodatkowe pieniądze za seans i tradycyjne kilka złotych ekstra za wypożyczenie okularów do trójwymiaru. Miała być moc, a było rozczarowanie.

Wykorzystanie efektu 3D w tym filmie jest tak marginalne, że aż nieistotne. Kilka chmurek, kilka cierni, trochę ognia… koniec. Zero efekciarstwa, nawet przy najbardziej imponujących stworach, które PROSIŁY się o to, by wypuścić je z ekranu kina. Niestety, nie doczekałem się tego. Smutek :X

„Starożytny” smok.

Z cyklu „małe, dla wielu bezsensowne, narzekania Jaśka”.

By uniknąć naprawdę wielkich koszmarów, to w pewnym momencie Maleficent (nie użyje imienia z filmu w wersji PL, nienienienienie), zamienia jedną z postaci w smoka. Czemu? Bo jest na tyle potężna, że może sobie na to pozwolić.

W scenie, w które to robi używa określenia „Elder Dragon”, które możemy przetłumaczyć jako „starożytny (lub prawdawny) smok”. A co zobaczyłem? Małego smoka, który nie dość, że zmieścił się w pokoju, to do tego dał się spętać garstce żołnierzy. Nie był  nawet w stanie się wyrwać spod kilku zwyczajnych, żelaznych, łańcuchów.

W moim mózgu tkwi wizja smoków jako przepotężnych istot, których garstka nędznych żołnierzy nie może, ot tak, okiełznać i podporządkować. Wielkich bestii, które przelatując nad miastem albo wioską sprawiają, że wieśniacy myślą, że słońce zniknęło z nieba. Takie coś, jak z obrazka poniżej, co najmniej.

Maleficent NOT Elder Dragon
To już prędzej jest Elder Dragon

Zamiast tego dostałem coś większego od konia i niewiele bardziej trudniejszego do poskromienia od dzikiego psa. Bogowie, litości nad moją biedną duszą, kiedy w końcu dostanę jakiegoś potężnego smoka na ekranie? Serio mam czekać do kolejnej części Hobbita? Do ekranizacji Silmarillionu? A może do ostatnich odcinków „Gry o Tron” ?

To co? Wybierzecie się do kina na Maleficent, vel Czarownicę?

Autor: Jasiek a.k.a Yeti

Bloger-amator, kiedyś student dziennikarstwa. Teraz sprzedawca giereczek i klocków Lego czekający ciągle na wenę i czas by coś napisać.

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz