Dzisiaj nie ma wpisu, bo… #4 – e-commerce edition.

Dzień dobry, nazywam się Jasiek.

No dobrze, nazywam się Piotrek, ale nawet nauczycielom w szkole zdarzało się mówić na mnie Jasiek. Ostatnio nie piszę, bo nie pamiętałem nawet jak się nazywam.

Bo muszę jakieś fajne zdjęcie dać w wpisie.
Bo muszę jakieś fajne zdjęcie dać w wpisie.

W związku z tym, że muszę się wyżyć pisarsko, to przechodzę do tłumaczenia się. A potem do właściwego pisania. Potem ewentualnie pogram.

E-kurwa-commerce

Wszystkiemu winne szeroko rozumiane e-kurwa-commerce.
Jestem przyzwyczajony do zapierdolu. Rozumiem ideę czterdziestoośmiogodzinnego dnia pracy w razie występowania takiej potrzeby.

Niestety, w tym przypadku padłem ofiarą kompletnego chaosu organizacyjnego.
By nie wnikać w szczegóły – jedna z osób z pracy odeszła.
Pierwszy dowód na to, że coś było nie tak w organizacji pracy w sklepie – całą wysyłkowość sklepu SZLAG JASNY TRAFIŁ.

Od początku: pracuje w specyficznym sklepie internetowym (z oddziałem stacjonalnym). Sprzedają się tam bowiem klocki Lego i gry. Z szczególnym naciskiem na wszystko kręcące się wokół sprzętu Nintendo. Dziwne, co nie?
Na co dzień w pracy zajmowałem się przyjmowaniem towaru, szukaniem nowych dostawców, kontaktami z dystrybutorem Nintendo i okazjonalnym kontaktem z klientem. W sumie częściej odpowiadałem na zapytania o towar, niż musiałem rozwiązywać problemy. To było dobre – klient mniej się awanturuje na słowa „niestety, nie mamy już tego zestawu klocków” niż na „przepraszam bardzo, wysłaliśmy już do Pana paczkę, numer listu przewozowego otrzyma Pan w ciągu godziny, jak się do końca rozliczymy z nadanych paczek”.

W wyniku wspomnianego odejścia moja rola się zmieniła – musiałem na szybko wdrożyć się w całość papierkologii związanej z obsługą sklepu internetowego, Allegro i Ceneo. I dodatkowo wysyłkami trzema firmami: Pocztą Polską, DPD oraz InPostem. Najważniejsza sprawa – automatyzacja wszystkiego KULAŁA. Przez chwilę chciałem to słowo napisać literami o rozmiarze 10 razy większym, ale sobie odpuściłem.
Ale to nie koniec – dostałem dyspozycje ignorowania zapytań od klientów.
Sprzedajemy klocki Lego, ludzie kupują prezenty pod choinkę a ja mam mieć w dupie dzwoniące telefony pytające się o przesyłki. Czujecie to? Czujecie? Bo ja czuje. Się przez to jak szmata, że nie kazałem mojemu szefowi od razu spierdalać z takimi pomysłami. Bo niezależnie od branży kiepska obsługa klienta to najbardziej skuteczna metoda antyreklamy jaka tylko może być. 
Po ogarnięciu, że jest to tępe niczym but i po wyłączeniu sklepu internetowego oraz 99% aukcji na Allegro zaczęliśmy pomału wychodzić na prostą i wysyłać dziennie więcej paczek niż było zamówień.

Bonusowy problem – jestem jedyną osobą, która się kwapi do odbierania telefonów. Wiecie, że ludzie przed świętami się łatwo denerwują? Zresztą, nie dziwię im się – przez przesadne ambicje szefostwa w chwili kiedy piszę te słowa pakowane są przesyłki zamówione na początku grudnia. I ja muszę odbierać telefony od ludzi słusznie wkurwionych faktem, że ich prezenty świąteczne, zamówione długo przed świętami, trafią do nich na dwa dni przed.
Ja to muszę znosić, ja to muszę załatwiać, ja to muszę adresować i to ja będę się czuć jak tania kurwa za każdym razem jak dostanę informację, że jakiemuś dziecko zniszczymy święta, bo nie dostanie wymarzonego prezentu.

Nic nie znaczy fakt, że to nawet nie jest moja wina. Nie istotne jest to, że robiłem wszystko co w mojej mocy. Coś poza efektem jest w tym przypadku istotne?
To nie na moją psychikę.

I dlatego tak długo nic nie pisałem – bo po powrocie do domu miałem wiele różnych pomysłów. Zwykle to były wariacje na temat kulki w łeb dla siebie, pójścia do kąpieli bądź pójścia spać. Byłem tak padnięty, że nawet partia kręgli na nowo kupionej konsoli mnie przerastała.

Podsumowując – ostatnie kilka dni w pracy nauczyły mnie wielu rzeczy na temat tego jak NIE prowadzić handlu internetowego. I nauczyły mnie również mierzenia sił na zamiary. Ale bardziej istotne dla mojej pracy w tym miejscu jest co innego: czy mój szef się czegoś nauczył? Bo jeżeli nie, to będę musiał znaleźć taniego psychiatrę na terenie Szczecina.

Okej, koniec publicznego wylewania żalów, idę korzystać z prawdopodobnie ostatniego dnia tego roku pozbawionego większych ran na psychice. Do następnego razu 🙂

P.S – zdjęcie na górze sugeruje temat następnego wpisu.

Autor: Jasiek a.k.a Yeti

Bloger-amator, kiedyś student dziennikarstwa. Teraz sprzedawca giereczek i klocków Lego czekający ciągle na wenę i czas by coś napisać.